Ksiega Gosci
Zobacz + Wpisz się



>>>INNA POWIEŚĆ<<<












Fatum Areo



Tiara Nectra



Kiro Roniri














Linki


Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych

brak kategorii (24)
wszystkie (24)




Archiwum

2010
wrzesień (3)
październik (10)
listopad (11)




Layout by Luna





025. Kochanek z przypadku

poniedziałek, 22.listopada.2010, 23:22
Powoli okolica zaczęła tonąć w mroku. Niebo przyozdabiał sierpowaty księżyc, pojawiły się pierwsze gwiazdy. Podróżni nadal błądzili po lesie, krocząc ścieżką wytyczoną przez leśne stworzenia. Po części liczyli, że dotrą na polanę, a poza tym również mieli nadzieję natrafić na jakąś sarnę. Jednakże ani jednego, ani drugiego nie mogli odnaleźć. Zamiast do zwierząt dotarli do paśnika. Przeklęli swój los i z pustymi żołądkami ruszyli dalej. Rozmowa również nie szła dobrze. Jedynie Rain prowadził dyskusję z bibliotekarką, reszta w milczeniu szła za przewodnikiem, którym w tym wypadku był Fatum.
Mijała godzina, potem następna... niebo było już całkiem granatowe i wyglądało na to, że będą nocować między drzewami. Młody prorok spał już w najlepsze, podtrzymywany przez rycerza. Nawet Tiara wyglądała na zaspaną.
W pewnym momencie Fatum niespodziewanie skręcił w bok. Gdyby nie śpiące dziecko, zapewne posypałyby się głośne fale protestu i oburzenia. Zaskoczona grupka ujrzała duży, wybudowany z czerwonej cegły budynek, który porastała gęsta roślinność. W pierwszej chwili pojawiła się nadzieja, że być może ktoś udzieli im schronienia. W następnej zrozumieli, że budynek był opuszczony, mimo że utrzymano go w bardzo dobrym stanie.
Drzwi były zaryglowane. Namiestnik bez słowa oddał chłopca w ręce Kiro i solidnym kopniakiem wyważył wejście. Dziesięciolatek nawet nie drgnął, wyczerpany mozolną wędrówką.
– Wygląda na to, że tutaj przenocujemy.
Pomieszczenie dekorowały wiekowe, sosnowe meble, które wieńczyły rzeźbione wykończenia. Tylko jeden pokój. Tworzył on zarówno kuchnię, sypialnię i izbę gościnną. Skromność lub dom pustelnika – podpowiadała głowa.
Prawą ścianę zajmował kominek stworzony z szarych, płaskich kamieni. Całość, nieco okurzona i spowita gdzieniegdzie nitką pajęczyny sugerowała, że właściciel albo opuścił swoje domostwo, albo udał się w długą podróż bez powrotu.
Zaniedbanie, zabite okna oraz grobowa cisza budziła negatywne odczucia gości.
– Wygląda, jakby ktoś chciał się tu zaszyć lub schronić się samotnie – wydawało się Tiarze.
– Brud i ubóstwo – Miriam ciężko westchnęła i z nieukrywanym wstrętem zaczęła otwierać drzwiczki szafek, szukając czegoś istotnego, najlepiej żeby dało się skonsumować.
– Powinniśmy dziękować za to, że coś znaleźliśmy – rycerz odebrał chłopca mnichowi. – Trzeba przygotować posłanie. Kobiety i dzieciak śpią w łóżku, my rozejrzymy się po pomieszczeniu. Budynek jest duży... wydaje mi się, że będą tu jakieś zakamuflowane przejścia, być może do małej stajni.
– Wielki dom z jednym pokojem, coś tu nie tak – dodała od siebie bibliotekarka.
– Właśnie o tym mówię. Wydaje mi się, że jest tu tego więcej. Na wsiach ludzie często mieszkają ze zwierzętami pod jednym dachem. Mają izby przeznaczone dla trzody.
– Wolę pójść po drewno. Zaraz zamarznę, a was trzymają się głupoty – Tiara wyglądała na zdenerwowaną. Zwykle, w kolejce była pierwsza do szukania skarbów i bogactwa. Jak często sama o sobie mówiła, "myślała ekonomicznie". Tym razem nie dyskutowała zbyt długo, ani nie próbowała przenieść odpowiedzialność za ognisko domowe na kogo innego. Wyszła w wiadomym celu.
– Jak zwykle problematyczna – westchnął cicho Fatum. – Kiro, może jej pomożesz?
– Skoro nalegasz, to z przyjemnością zaopiekuję się jej kobiecością – mnich od razu wstał i uśmiechnął się szeroko.
– Tak, tak jasne... my rozejrzymy się po leśniczówce – usadowił chłopca na starym, podniszczonym fotelu i zaczął szykować posłanie.
– A ty, Fatum? Gdzie będziesz spać? – blondynka stanęła tuż za jego plecami. Była tak blisko, że niemal mógł słyszeć jej oddech.
– Jeszcze nie wiem. Jeśli noc będzie ciepła to może na dachu? Będę miał wgląd na okolicę, może nawet nawinie się jakieś zwierze do upolowania.
Tiara w międzyczasie wróciła wraz z zakonnikiem. Oboje ułożyli drewno pod kominkiem.
– Jak rozpalimy płomień? – bibliotekarka zaczęła gorączkowo wzrokiem poszukiwać czegoś do zapłonu.
– Fatum się tym zajmie – odpowiedział mężczyzna w habicie.
– Ma talent do wzniecania pożarów. Od dziecka lubił podkładać ogień pod domy, z czystej ciekawości – podsunęła złośliwie dziewczyna o czarnych włosach.
– Naprawdę? – zainteresowała się nowa.
– Tak. A jak już wyrósł, znalazł sobie inne hobby – ciągnęła złodziejka. – Zabierał niewinnym kobietom cnotę i robił im dzieci. Potem uciekał, aż się kurzyło.
– Fakt, że ludzie, którzy decydowali się przygarnąć mnie w dzieciństwie i płacili za to życiem tak cię bawi? – spojrzał na brunetkę zimnymi, lazurowymi oczami. Wyciągnął dłoń, która po chwili zapłonęła i wystrzeliła salwę płomieni na suche drewno. – Ponadto nigdy nie zrobiłem żadnej kobiecie dziecka.
– Jesteś niemiła – blondynka powiedziała do Tiary.
Młodsza na te słowa roześmiała się głośno. – Nie każdy lubi czarny humor – zmieniła temat. – Śpię przy żarze, wy sobie możecie zająć łóżko. Razem cieplej – dodała.
– To może, ja z tobą? – Kiro nieśmiało wydukał.
– NIE! – dziewczyna ucięła krótko i głośno
– O, no co ty – Fatum stanął przed dziewczyną. – Cały czas z nim podróżujesz, może znacie się lepiej niż mi powiedziałaś. Mam wrażenie, że próbujesz mnie uwodzić tylko po to, żeby wzbudzić w Kiro zazdrość. Mam pomysł. Ja i Miriam pójdziemy na spacer, a wy, gołąbeczki, zostaniecie tutaj i sobie pogruchacie. W końcu przez tyle czasu przeszkadzała wam moja osoba, pewnie się za sobą stęskniliście. Tylko nie budźcie małego, nie jestem jeszcze gotowy na rozmowę "skąd się biorą dzieci".
Tiara uderzyła go w lewy policzek. Tym razem nie wahała się ani chwili. – Wyjdź. Wynoś się i nie wracaj – powiedziała, patrząc z wściekłością. Miriam podbiegła, próbując załagodzić sprawę i stanęła między nimi. Złapała za dłoń rycerza i ścisnęła.
– Chodźmy, ona ma chyba okres. Nie chcę, aby komuś stała się krzywda
– Spokojnie – namiestnik uniósł głowę. – Dziewczyna bije jak pięciolatka, więc nie ma powodów do zmartwień. Mimo to bardzo chętnie pójdę na spacer – odwrócił się na pięcie.
Miriam podeszła na chwilę do impulsywnej panny. Uśmiechnęła się do niej z wyższością i pokiwała głową. – To co zrobiłaś, było głupie – oświadczyła i pobiegła zaraz za Enielem.

* * *

W obliczu wcześniejszego incydentu, noc nie była już taka zimna. Większy chłód powiewał z wnętrza leśniczówki.
Panna Lasette wraz z najemnikiem szybkim krokiem oddalili się od miejsca zgiełku, a im dalej, tym wydawało się spokojniej.
Niebo połyskiwało morzem brylantów, które rozświetlały najmroczniejsze zakamarki lasu. Ciszę przełamywało od czasu do czasu dźwięczne pohukiwanie sowy.
– Trochę tak strasznie – Miriam chwyciła ramię Fatuma i przycisnęła się do niego. Gdy zobaczyła, że jej nie odpowiada, spróbowała z innej strony nawiązać kontakt. – Nie przejmuj się tą małolatą, póki nie dojrzeje, nie zrozumie
– Słucham? – spojrzał na nią pytająco. Wybacz, zamyśliłem się trochę nad... sytuacją, w której obecnie jesteśmy. Zastanawia mnie, dlaczego ten dom stoi pusty.
– Może ten ktoś umarł samotnie w lesie i nikt tego nie zauważył.
– Wszystko jest posprzątane, nie ma ubrań, bibelotów... trochę jakby ktoś się spakował i wyjechał. Trochę tego nie rozumiem, to bardzo przyjemna okolica.
– Może miał dosyć odludzia. Dokąd pójdziemy?
– Obojętnie. Przed siebie.
– Chętnie wróciłabym nad tamte jezioro... – jej wzrok skupił się na jego twarzy, a dokładnie na wargach, które w tej chwili wydawały się jej takie smaczne.
– To ponad godzina drogi. Rozejrzyjmy się lepiej po okolicy. Może natrafimy na kolację.
Spacer przedłużał się. Kobieta miała wrażenie, że zbłądzili i Fatum tak na prawdę nie ma pojęcia w którą stronę iść. Myślała, że niesie go gdzieś złość na swoich towarzyszy, a może potraktował słowa tej młódki na serio i chce usunąć się w ciemność. Z jednej strony była uradowana, iż ten przystojny mężczyzna był tylko i wyłącznie z nią. Z drugiej, dokąd mieli iść, gdy wokół panowała ciemność i niebezpieczeństwo? Górskie szlaki obfitowały w różnego rodzaju wzniesienia, pagórki i skałki. Taka droga bardziej męczyła, niż cieszyła, taką pannę jak Miriam.
– Nie dam rady już dłużej. Musimy, gdzieś odpocząć – zatrzymała się nagle i złapała go za dłoń, aby jej nie zostawił.
– Nie widzę problemu. Jakby nie patrzeć może jest już nawet po północy. Możemy chwilę odpocząć i wracać – rozejrzał się po okolicy. – Dziwi mnie, że od jakiegoś czasu nigdzie nie słychać nawet pohukiwań sowy. Jakby ta okolica była zupełnie pozbawiona żywego ducha.
Blondynka usiadła na kamieniu. – Usiądź obok mnie – uśmiechnęła się. – Nie ma co się martwić, jutro już tu nas nie będzie. Nawet dzisiaj, jakbyś chciał – popatrzyła z zamyśleniem w niebo. Teraz stanowiły ciemno granatowe pastwisko, na którym pasały się czarne barany. Świecące punkciki były już prawie niewidoczne, a księżyc to znikał, to się pojawiał.
Wysłuchał jej prośby i usadowił się obok niej.
– Nie zostawię tego dzieciaka z tymi wariatami. Są diabelnie irytujący, a ich poczucie humoru wprost żałosne, ale co poradzić. Wszystko da się przeżyć.
– Nie możesz zabrać ze sobą Raina i jej zostawić? – zadała pytanie – ...To znaczy, ich – poprawiła się od razu.
– Ilekroć próbowałem, coś mi w tym przeszkadzało. Ta mała jędza gra wielką twardzielkę, ale kiedy już do czegoś dojdzie, najchętniej zwinęłaby się w kulkę. Wiesz, co mam na myśli... jest odważna dopóki nic się nie dzieje. A kiedy mógłby jej pomóc ten ślepy patafian, akurat musi gdzieś zniknąć.
– Rozumiem. Jesteś uprzejmy, pomagasz jej nawet, gdy zmieszała cię z błotem. Ona zdecydowanie tego nie szanuje. Zaatakowała cię ewidentnie pierwsza. Może tak naprawdę cię nienawidzi, ale jesteś jej potrzebny. Chce cię wykorzystać do czegoś – bibliotekarka rozmyślnie chciała dolać trochę oliwy do ognia. Przysunęła się trochę do mężczyzny i położyła głowę na jego ramię.
– Będąc kompletnie szczerym ona jako osoba również niespecjalnie mnie interesuje. Raczej szkoda mi jej jako kobiety, której mogłoby się coś stać. Jakby nie patrzeć jestem rycerzem i mam swój kodeks.
– A ja? – popatrzyła prosto w jego oczy z tajemniczym błyskiem.
– Ty... co? – zerknął na nią pytająco. Na jego nosie rozprysła się kropla wody. – Chyba nadchodzi deszcz.
– Masz rację, musimy się schować – po patrzyła w górę z lekkim niezadowoleniem, gdyż nie uzyskała od niego odpowiedzi przez kaprys pogody. Wstała szybko na nogi.
– Dokąd, dokąd? – gorączkowo ścisnęła pięści, gdy krople zaczęły natarczywiej spadać z nieba.
– Spokojnie to tylko deszcz, nie siarka – chwycił ją za dłoń i ruszył przed siebie.
Szukał niskiego, rozłożystego drzewa. Pioruny ochoczo uderzały w drzewa, jednakże o wiele "chętniej" wybierały te osamotnione. W gęstym lesie szansa była jak jedna na paręnaście tysięcy. Przedzierając się przez gęstwinę, skupiał wzrok na potencjalnych punktach schronienia. Parę razy zatrzymywali się, jednakże gdy tylko któreś z nich poczuło na swoim ciele wodę, ruszali dalej. W górze słyszeli wiatr uderzający o liście. Na dole, między drzewami, to im nie groziło. Gęste gałęzie nie przepuszczały podmuchów.
Wkrótce rozszalała się ulewa i nawet zielona pokrywa liści nie była w stanie powstrzymać wody. Podobnie jednak jak w przypadku znalezienia domu, znów im się poszczęściło. Tym razem jaskinia. Co ważniejsze, nie zamieszkiwał jej żaden dziki zwierzak.
– Wreszcie sucho! Choć i tak już jestem cała mokra. Gdybyśmy tylko rozpalili ogień – uśmiechnęła się do niego dwuznacznie.
– Gdybyśmy tylko mieli parę suchych gałęzi – wzruszył ramionami.
Bez słowa ściągnęła z siebie mokrą, czerwona sukienkę i odrzuciła ją w bok.
– Chłodno... – ciarki zatrzęsły jej ciałem – Przytul mnie.
– Hmm... może jednak poszukam czegoś do rozpalenia i wysuszę w dłoniach – wybiegł na zewnątrz, zostawiając ją w osłupieniu.
Wrócił po paru minutach z materiałami na rozpalenie ogniska. Były mokre, toteż usiadł przed nimi, wyciągnął ręce, które zaczęły emanować ciepłem.
– Posiadasz dar – spojrzała na to, co robi. – Kim tak naprawdę jesteś?
– Wielu ludzi ma dar. Ostatnio spotkałem opata, który posiadał moc ziemi. Opiekował się Rainem. To nic niezwykłego.
– Jesteś mokry. To znaczy, twoje ubrania są. Niepotrzebny mi chory najemnik – zauważyła słusznie.
– Może masz rację – ściągnął przemoczoną koszulę i ułożył na boku. Ułożył gałęzie na stertę i po krótkiej chwili rozpalił ogień. – Tak o wiele lepiej.
Kobieta nachyliła swoje ponętne piersi w kierunku płomieni, a zaraz potem smukłe udo. Wyglądało, jakby nie tylko chciała się ogrzać, ale też pochwalić się swoim ciałem. Spojrzała na Fatuma wzrokiem pełnym magicznego magnetyzmu. Piękne jasne fale odrzuciła drapieżnie na jeden bok. Postanowiła nie czekać i niespodziewanie chwyciła mężczyznę w pasie.
– Jesteś mój – zachichotała.
– Eee... co proszę? Nie przypominam, żebym się tobie oddawał... – próbował obrócić wszystko w żart.
– Czego się tak boisz? – położyła mu dłonie na policzku, jej wyraz twarzy mówił sam za siebie. – Coś w stylu nie chcę się bawić kobietą? A jeśli ona tego chce? – wycelowała w jego wargi i pocałowała go. Najemnik poczuł jej język, który agresywnie i namiętnie wił się w jamie ustnej, badając każde zakamarki.
Rycerz jednak odsunął ją od siebie – Kiedyś, będąc młodym i głupim, skorzystałbym. Ale wyrosłem z tego i nie chcę do tego wrócić. Potem zaczniesz żałować, płakać, ja nie będę wiedział, co zrobić... uznasz, że po prostu chciałaś odegrać się na swoim byłym, a na końcu ugrzęźniesz w przeświadczeniu, że kochasz mnie na zabój. Ja się tak nie bawię.
– Przepraszam – zwiesiła głowę. – Bardzo podnieca mnie twoje ciało. Myślałam, że sprawię ci przyjemność – usprawiedliwiła się i uśmiechnęła.
– To nie o to chodzi... ja po prostu wiem, że na tym się nie skończy, zrobi się bardziej skomplikowanie, ja będę miał wyrzuty sumienia i w ogóle...
– Jeśli ci się podobam, nie odmawiaj mi. Biorę winę na siebie. Nie będę płakać, chyba, że z rozkoszy – położyła dłoń na swojej piersi, a po chwili rozpięła stanik. Jej duży biust sterczał, kusząc i prosząc się o słodkie uczucie.
– Powiedz mi tylko... dlaczego to robisz? Nie wyglądasz mi na łowczynię kochanków. Blond loczki, duże oczy, BIBLIOTEKARKA. Pracownice bibliotek kojarzą się raczej z porządnymi, zaczytanymi niewiastami, dla których seks istnieje tylko po ślubie. Ba, jest to też przykry obowiązek.
– Bo przede wszystkim, jestem kobietą. Moje ciało w tej chwili jest takie... samotne. Nie obchodzi mnie, że jestem bibliotekarką – rozchyliła łaknące wargi i nabrała rumieńców.
– Nie. Nie próbuj nawet. Nie ze mną te numery – wstał i skierował się do wyjścia. Jej plan uwiedzenia go, nie powiódł się. Westchnęła ciężko. Wtedy się zatrzymał – Jasna cholera! Miriam, szczerze cię nienawidzę – ruszył nagle w jej kierunku. Jego oczy były tak wściekłe, że wydawało się, iż chciał ją zaatakować. Chwycił dziewczynę za nadgarstek i poderwał na nogi. Przyparł ją z gniewem do ściany i przywarł do niej. Prawdopodobnie był równie gorący jak palenisko nieopodal nich.
– Jesteś taki ciepły. Proszę, uwolnij mnie – złapała go delikatnie zębami za wargę i pociągnęła. Swoją nogę podsunęła pod jego krocze, robiąc ostrożnie koliste ruchy.
– A ty jesteś strasznie zachłanna. Zirytowałaś mnie, więc zrobię to po swojemu. Wkurzyłaś psa na wielkim głodzie, może cię to słono kosztować.
– Rób, co chcesz! – zaśmiała się na myśl o czymś przyjemnym. Chwyciła z pasją za jego pośladki i wbiła w nie dziko paznokcie. Po chwili sięgnęła po więcej, znajdując wejście do zawartości spodni. – Doprowadzę cię do szaleństwa – dodała z żądzą, która przemawiała w jej czynach.
– Chyba nie myślisz, że potrzebuję twojego dopingu? – Oderwał się od niej. Chwycił jej mokrą sukienkę, którą w mgnieniu oka osuszył po czym rzucił ją na ziemię. Zaraz obok niej wylądowała jego koszula. Prowizoryczne posłanie na twardym gruncie.
Wrócił do dziewczyny i ponownie niemal ją zaatakował. Przypierał dziewczynę do nagiej, zimnej ściany, trzymał za nadgarstki i całował. Nie zdziwiłaby się, gdyby jakiś zbłąkany przechodzień odebrał przyuważoną scenerię za próbę gwałtu. Był zapalczywy, dziki, manipulujący nią. Nie zdążyła nawet pomyśleć o strachu, kiedy nagle oderwał ją od ściany i ułożył na ubraniach.

Krzyki odbijały się echem przez pół nocy. Siedząc na nim w rozkroku i wzdychając za każdym razem, gdy ściskał jej piersi, zastanawiała się, czy kiedykolwiek wcześniej było jej tak dobrze. On nie tylko wyglądał jak ideał ale i potrafił zdziałać cuda. Trzykrotnie jej policzki zwilgotniały przez łzy. Nawet w w tej chwili znów mogła wybuchnąć płaczem...
W ramach łaski przyzwolił jej na chwilę dominacji. Do głowy przychodziły jej same wulgarne określenia na jego temat, ale tylko te przedstawiające Fatuma w najlepszym świetle. Zastanawiała się do jakiego zwierzęcia mogłaby go przyrównać. Ogier? Może raczej kocur... wściekły tygrys, który pilnuje swojej samicy jak oka w głowie i niemal nieustannie może... ach, na samo skojarzenie zadrżała i poruszyła się gwałtownie wywołując westchnięcie kochanka.
W końcu jednak zaczęła myśleć o czymś innym. Nie mogła pozwolić, by to było jednorazowe szaleństwo.






024. Dwa bożki

poniedziałek, 22.listopada.2010, 23:20
Południe w rejonach niziny przyniosło ciężkie, suche, a przede wszystkim gorące powietrze. Gdyby posadzić jajko na kamieniu, zapewne zaczęłoby skwierczeć i było zdatne do jedzenia.
Delikatne wiatry zaczęły odmawiać posłuszeństwa, co skutecznie uniemożliwiało dalekie wycieczki. Nawet najsroższy rolnik nie zaprzęgłby zwierząt do roboty w obawie, że popadają.
Żółte trawy suszyły się, wydając chrobot pod stąpającymi nogami, stopy paliły i robiły się mokre. Skóra ludzi świeciła się od nadmiaru potu, który czasem skapywał nagle z czoła, dając wrażenie strudzenia.
Takie temperatury nigdy nie były polecane starcom i dzieciom. Rain szedł coraz wolniej, chwiejąc się i przestępując z jednej nogi na drugą. Panna Lasette natomiast omal nie zemdlała. Od twardego upadku uratował ją Fatum. Nie było szans na nadrobienie chociażby około czterech kilometrów. Kolejna przerwa na polanie dała spokój i odpoczynek dla ciał. Miejsce o tyle było trafne, że nieopodal rosła drobna, ale obficie obrośnięta owocami, jabłonka.
Jej plony mieniły się w słońcu ostrą czerwienią, kusząc jak usta spragnionej pocałunku dostojnej damy.
Tiara od razu skonsumowała ze smakiem z pięć dorodnych sztuk. Obserwowała ją przy tym nieznajoma kobieta, szczerząc podejrzanie zęby.
– Co jest takie zabawne? – czarnowłosa nie wytrzymała napięcia, które wywołał kumulujący się na niej wzrok blondynki.
– Nic, ale te jabłka, które zjadłaś muszą chyba ważyć z tonę – powiedziała z sarkazmem.
Złodziejka poczerwieniała od poczynionej uwagi, chwilowo zamilkła.
– Ale ja dużo się ruszam – próbowała się usprawiedliwić.
– Nie sądzę – docięła jej i położyła swoje dłonie na zgrabnej i wąskiej talii osy.
– Przepraszam? – niespodziewanie do rozmowy dołączył się chłopiec o śnieżnych włosach. – Fatum chciał przekazać, że całkiem niedaleko jest rzeka – malec stanowił niemal żywy dowód swoich słów. Włosy miał mokre, twarz orzeźwioną. – Mogłybyście z niej skorzystać, tylko może nieco później, teraz on się kąpie.
– Jest tak gorąco, że nie mogę czekać! – jasnowłosa od razu się zerwała.
– Hej, czekaj! Nie słyszałaś, że on się teraz... – Tiara również wstała i pobiegła, widząc, że jej słowa nie mają znaczenia dla kobiety.
Ku ich oczom ukazał się szeroki strumień srebrzystej wody, powolnie sunący między szarymi kamieniami. Powietrze pachniało wilgocią, niczym po deszczu. Nic dziwnego, że roślinność w tym miejscu była bardziej żywa i rozwinięta. Miriam wbiegła między wyższe skałki, a jej oczom ukazał się upragniony obraz.
W chwilę później w obrębie brzegu pojawiła się Tiara. Skryta pomiędzy leśną gęstwiną obserwowała to samo, co blondynka.
Młodzieniec przypominał archanioła w źródle Bogów. Patrzyły na niego jak na zakazany owoc. Dwie jawnogrzesznice pobudzone widokiem nieosiągalnej doskonałości. Zastanawiały się nawet, co było w nim najpiękniejszego. Wyrzeźbiony tors, umięśnione ramiona, może przystojna twarz. Nagiemu mężczyźnie woda sięgała do pasa. Jak zahipnotyzowane patrzyły jak wzdycha, bierze w dłonie wody i opłukuje swoją twarz. Kiedy zauważyły, że oblizuje swoje pełne wargi, podświadomie zrobiły to samo.
Spoglądały w jego stronę jak rywalizujące amazonki, które dostrzegły jelenia. Chciały go upolować, może nawet zaszyć się z nim pomiędzy krzaki i napawać się swoją zdobyczą.
– Eniel wygląda jak ucieleśnienie marzeń... – złodziejka powiedziała pod nosem.
– Zgadzam się z tobą – panna Lasette zachichotała.
– Lepiej stąd chodźmy, bo nas zauważy – Tiara wydawała się przezorna. Jakby wyglądała, gdyby się dowiedział, że go podgląda?
– Nie zamierzam – bibliotekarka ucięła krótko. Wstała i wybiegła z ukrycia, podążając w kierunku mężczyzny. – Hej, ty!
Tiara zrobiła wielkie oczy z zaskoczenia, że kobieta była tak odważna. Serce mówiło, że nie może pozostawić ich sobie samych, rozum zaś, czekać na rozwój wypadków.
Na razie nie ruszyła się na krok. Tymczasem jasnowłosa pomachała z brzegu najemnikowi, bez pytania ściągnęła czerwoną kreację, pozostając w bikini. Jej skóra była idealnie opalona, cudnie kontrastowała z białym stanikiem i skąpymi majteczkami. Ciało kobiety mogłoby być modelem dla różnej gamy artystów, od rzeźbiarzy, po malarzy. Bogowie musieli kochać te dwa dzieła – kobiety i mężczyzny, dlatego stworzyli ich tak perfekcyjnie.
Rycerz wzdrygnął się, widząc nieproszonego gościa i wycofał o parę kroków.
– Rain wam nie mówił, że kobiety powinny przyjść nieco później? Właśnie korzystam i nie mam nic na sobie...
– Nic nie szkodzi. Jesteśmy dorośli, myślisz że nie widziałam nagiego mężczyzny? Jeśli chcesz, żeby było sprawiedliwiej... – to mówiąc, ściągnęła stanik i uwolniła swoje piersi, które zafalowały radośnie, po czym weszła do wody i ściągnęła resztę, porzucając na pobliski kamień.
Tiara w tym momencie nie wytrzymała i pojawiła się tuż przy brzegu.
– Co wy do cholery robicie?! To nie plaża nudystów! – popatrzyła najpierw na uszczęśliwioną kobietę, a potem na niego. W ułamku sekundy zrobiła się rumiana na policzkach. – Odziej się, baranie! – zakryła oczy i zaczęła ciskać w Fatuma rzeczami z brzegu na oślep.
– Oj, uspokoiłabyś się, dziewczynko! Zrzuć tą kieckę i chodź do nas! – Miriam złapała się za piersi i ścisnęła perwersyjnie.
– Em... nie wyobrażałem sobie takiego obrotu spraw – oczy najemnika nerwowo przeskakiwały z jednej kobiety na drugą. – Może... powinienem zostawić was same?
– Daj spokój! Przecież dobrze się bawimy! – blondynka chlusnęła go wodą.
– Kto się dobrze bawi, ten się bawi! – wtrąciła młodsza.
– Dziewczynko, właź do wody, bo jesteś cała mokra i śmierdzisz! – panna Lasette była dla niej bezlitosna. Tiara odruchowo powąchała swoją białą sukienkę.
– Bardzo śmieszne... – podsumowała i weszła również do wody, jednakże w ubraniu. Pomyślała, że gdyby się rozebrała, to rycerz mógłby zacząć w głowie porównywać ich ciała. Wtedy wypadłaby po prostu źle.
– Fatumie, mam do ciebie prośbę. Nie umiem pływać, może ty byś mógł mnie nauczyć? – Miriam zaczęła nieśmiało do niego.
– Tutaj? Teraz? NAGO? Dziecko jest w pobliżu, nie powinien oglądać czegoś takiego...
– Rain został przy Kiro i będzie mu dotrzymywał towarzystwa dopóki nie wrócimy.
Na pewno się nie zgodzi. Chociaż raz ci się nie uda, durna blondynko – przez głowę Tiary przebiegła triumfalna myśl.
– Emm... no skoro tak... nie widzę przeszkód – wzruszył ramionami, choć był nieco spięty.
– Że co?! – Tiara znieruchomiała.
– Tak bardzo się cieszę! – podała mu swoje dłonie, położyła się w wodzie i zaczęła wymachiwać nogami.
– Dobrze, że ta woda jest w miarę głęboka... – przeszło mu przez głowę, kiedy ciągnąc ją powoli, zaczął się cofać. – Aaa... jesteś pewna, że nie byłoby lepiej, gdyby to Tiara cię pouczyła?
– Ona? Nie widzisz, że to chucherko? Mi potrzebny jest silny mężczyzna – powiedziała dwuznacznie.
– Cóż... – młodzian zerknął w stronę złodziejki. Starał się wyglądać na opanowanego, chociaż w drugiej strony był całkowicie zawstydzony.
Tiara obróciła się plecami i przeszła na płytszą wodę.
Co za kretyn. Niech sobie baraszkują te dwa puste bożki – wzniosła do góry głowę, pozornie starała się być obojętna. – Nie zniosę tego. Czemu ona mu tak bardzo imponuje? Nieskazitelna figura i te złociste kudły. Tak bardzo robi mi się przykro – pomyślała, że zaraz się popłacze, bo łzy same się cisnęły. Jednak coś odwróciło jej uwagę.
Ocierało się o jej nogi i uderzało ją ogonem. Wielka ryba, nie. W oczach Tiary była ogromna!. Potwór, który potulnie upodobał sobie jej kostki, cmokając je wielkimi wargami.
Naprężyła mięśnie i nastawiła ręce gotowe do ataku.
Fatum już gdzieś widział tą zabawną scenę, choć teraz wydawała się mu bardziej urocza. Pełna mobilizacja na jej buzi, skupienie. Chwilowa cisza i natarcie!.
– Mam obiad, mam! Eniel! – wrzasnęła w euforii, gdy capnęła za tułów zwierzę i wyciągnęła je do góry. Stworzenie szaleńczo szamotało się, pryskając kropelkami wody po jej twarzy.
Ona jednak nie puszczała. Była taka niewiarygodnie radosna jak dziecko.
– Co w tym fajnego? Będziesz gruba jak ją całą zjesz. Poza tym jest brudna – Miriam skwitowała całe wielkie poruszenie. Dziewczyna, nie posłuchała uwagi, tylko dumnie trzymała okaz, podskakując ze szczęścia.
– Mówiłem, że kiedyś w końcu ci się uda – uśmiechnął się do niej. – Cierpliwość popłaca. Teraz proszę mi wybaczyć – puścił dłonie bibliotekarki i ruszył w stronę wierzby, która rosła przy brzegu, a jej gałęzie pochylały się nad wodą. Chwycił swoje spodnie. – Lepiej będzie, jak się ubiorę. Może was to nie krępuje, ale mnie bardzo.
Blondynka skrzywiła się, nie było jej to na rękę. Czuła, że mężczyzna stracił chwilowo nią zainteresowanie. Zdążył się już przyodziać, a teraz zajmował się tą małolatą.
– Hej Eniel, dasz mi buzi? Spełnię twoje trzy życzenia – Tiara przybliżyła do Fatuma oddychającą jeszcze rybę i udawała głos zwierzęcia. Jej występ i mokra sukienka podkreślająca sylwetkę wywoływała miłe i zabawne skojarzenia. Zupełnie jak gdyby miła, niewinna dziewczyna, która wpadła niechcący do wody i zdążyła zaprzyjaźnić się z żyjątkami, mieszkającymi w rzece.
– Obrzydliwe. Poza tym przestań bawić się jedzeniem. Lepiej idź ją oporządzić, ja zajmę się szukaniem jedzenia Raina. Miriam, umiesz... – spojrzał w stronę pięknej, roznegliżowanej blondynki – ubierać się? Ekhem! To znaczy... oporządzać ryby? – uciekł spojrzeniem w las. Zaczerwienił się mocno. Jak to było możliwe, że dopiero teraz zdał sobie sprawę, że ta kobieta jest kompletnie naga i otwarcie go podrywa?
Miriam jednak czuła się coraz bardziej zniecierpliwiona i wtedy wpadła na genialny pomysł.
– Ratunku! Topię się! – zniknęła chwilowo pod wodą i znowu się wyłoniła, potem ponownie.
– Woda nie sięga tu wyżej niż do pępka... – namiestnik skrzywił się, patrząc na marną aktorkę z politowaniem.
– Ale mam skurcz! Ratunku...! – łyknęła wody i znikła zupełnie pod powierzchnia rzeczki.
– Tego nie przewidziałem... – Fatum rzucił się na pomoc biednej kobiecie. Szybko do niej dotarł i chwycił w pasie, wyciągając spod powierzchni. Tiara, kiedy patrzyła na tą scenę, miała uczucie deja vu. Tyle, że zamiast niej, rycerz trzymał w objęciach jakąś blond-zołzę, która otwarcie próbowała uwieść mężczyznę, którego, o ironio, ona również pragnęła.
Nowa przycisnęła się do niego mocno, poczuł jej gładkie ciało na sobie. Objęła jego szyję i przyciągnęła swoją twarz do jego policzka.
– Jesteś moim bohaterem... – wyszeptała słodko.
To wyglądało na więcej niż zwykły ratunek, a rycerz jakby nie oponował. Przytulenie kochanków, tak widziały to oczy młodej złodziejki. Dla niej to stanowczo za dużo. Odwróciła się, porzucając rybę i pobiegła przed siebie, żeby tego nie oglądać.
– Jakby nie było... za to mi płacisz. Tak przy okazji... nie sądzisz, że powinnaś coś na siebie założyć? Pochlebia mi twoje zainteresowanie moją osobą, dwa lata temu kochałbym się z tobą teraz jak królik, ale zerwałem z takim podchodzeniem do życia. To uwłacza kobietom.
– To twój błąd, bo to przecież nic złego. Nie uważam, żeby to mi uwłaczało, więc możesz schować swoje zasady do kieszeni – powodziła opuszkami placów po jego wargach i pocałowała go. Jej pocałunek był gorący i od razu przeszła do rzeczy, wkładając język jak najgłębiej.
– Hej, hej, hej! Nie powinniśmy! Nie znasz Tiary, ona... Tiara? – w zaskoczeniu rozejrzał się po okolicy. Zauważył wielką, złowioną przez nią rybę, ale jej nie było. – Zwiała?
– Jest bardziej tolerancyjna, niż myślisz. Niby, dlaczego zostawiła nas samych. Poza tym czego oczy nie widzą, temu sercu nie żal – ponowiła pocałunek i ugryzła go lekko w wargę.
– Wiesz, kiedy cię poznałem, myślałem, że jesteś niewinną, wstydliwą bibliotekarką, która boi się wyściubić nos poza mury. Teraz bardziej przypominasz mi... bezpośrednią, drapieżną pumę... to duża zmiana i równie wielkie zaskoczenie...
– Jestem bardzo kulturalnym kotkiem... – wyrwała się mu z objęć i poleciała na brzeg, żeby się ubrać. Nakładała swoje rzeczy powoli, bezwstydnie i kusząco. – Zobaczymy się wieczorem najemniku – puściła mu oczko, w ramach zapowiedzi jakiegoś ekstremalnego przeżycia i podrzuciła swoje złote włosy.
No, no... zaczynam się bać o swoją cnotę... – przeszło mu przez głowę.






023. Zlecenie

poniedziałek, 15.listopada.2010, 14:37
Kiedy się zbudziła, Fatuma już nie było. Znów ją zostawił. Jak śmiał tak po prostu zasnąć po tym, co się stało?! Znów była zła. Właściwie wściekła. Myśli o ubiegłej nocy całkowicie ją pochłonęły, nawet kiedy się ubierała czy czesała włosy. Ciągle wyobrażała sobie, że jej dotyk to tak naprawdę dotyk Eniela. Wzdychała głośno, gdy przypominała sobie jego usta i gorące ciało. Ile by dała za to, by znów go poczuć?

W międzyczasie Fatum już pracował. Stał półnagi, skąpany w blasku słońca, rąbał drewno. Wysiłek fizyczny dobrze mu robił. Chłopca wysłał do biblioteki, sam postanowił zarobić. Miał dość utrzymywania się z pieniędzy Tiary. Był na siebie wściekły.
– Jak mogłem do tego dopuścić... skończyłem z tym dawno temu! – skarcił się.
– Do czego? – wtrącił Kiro, który starał się trafić siekierką w pniak nieopodal. Robił to na oślep, z oporem, ale równie bardzo chciał załapać się na łatwy pieniądz.
– Niczego, zupełnie niczego, mnichu! – fuknął. – Dlaczego nie zatrudniłeś się gdzie indziej?
– Bo lubię towarzystwo przystojnych panów – uśmiechnął się. – Masz wyrzuty, że nie dokończyłeś aktu miłosnego? – zakonnik walnął prosto z mostu.
Namiestnikowi siekiera omal nie wypadła z rąk – Coś ty powiedział?!
– Przecież mam dobry słuch. Nawet ciche jęki, czy lekkie kołysanie łóżka nie umknie moim uszom – podrapał się beztrosko po głowie. – Poza tym liczyłem, że pozwolicie mi na trójkącik, wstrętni egoiści – zaczął wzdychać.
– Specjalnie do nas wszedłeś? Zbliż się, a odrąbię ci głowę! Czy ty sobie zdajesz sprawę, coś narobił?!
– Wiem, to było niekulturalne. Trochę zazdrosny byłem.
– Następnym razem zamknę drzwi na klucz. Albo nie, do następnego razu w ogóle nie dojdzie.
– No nie... Dlaczego jesteś taki wstydliwy? Sam siebie ograniczasz? Taka moda, czy jak? – Roniri zamachnął się toporkiem, ale uderzył jedynie w ziemię, aż się zakurzyło. Po chwili wzniósł stopę, wymacał nią położenie drewna i uderzył. Pniak pękł na dwa kawałki.
– Bo do tamtego wydarzenia miało w ogóle nie dojść. To... to ona mnie uwiodła!
– Tłumaczysz się jak dziecko. Zamiast się kłócić, dla odmiany zrobiliście co innego. Czy to nie wspaniałe? – zaśmiał się głośno. – Ha, masz szczęście. Zobacz, kto idzie.
Z daleka widać było, że kierują się ku nim dwie osoby. Fatum nie musiał się przyglądać, aby zgadnąć, że niewiastą była Tiara, a obok niej maszerował Rain, który pałaszował coś zawzięcie, oblizując się co chwilę.
– Mają ciasto owocowe – Roniri pociągnął nosem i posmutniał myśląc o tym, że pewnie nie zechcą się podzielić.
Dziewczyna zatrzymała się jak wryta, gdy tylko stanęła przed mężczyznami. Tors najemnika wyglądał zupełnie inaczej niż w nocy. Świecił się w słońcu jak złoty, antyczny kawał posągu. Zarumieniła się na myśl o pieszczotach, które mu sprawiała właśnie w tym miejscu. Spuściła wzrok, lecz po chwili odważnie go wzniosła.
– Przynieśliśmy wam coś do jedzenia – oznajmiła i przełknęła ślinę jakby to jedno zdanie kosztowało ją wiele energii.
Mnich bezbłędnie podszedł i sięgnął do pakunku.
– Skąd to macie? – ugryzł łapczywie i zaczął żuć.
– Zarobiłam – z dumą wzniosła brzęczącą sakiewkę. Można było rzec o niej "kobieta interesu". Mężczyźni chyba już cztery godziny trudzili się pracą fizyczną, a nawet jedną czwartą z jej woreczka trudno byłoby im zarobić.
– W jaki sposób? – Fatum przeszył ją wzrokiem. – Kradłaś?
– Raczej darowizna, skoro gospodarz zostawia okno otwarte.
– Wiesz ile ludzie muszę pracować, żeby tyle zarobić? Odstaw to tam, skąd to wzięłaś.
– To była zemsta! – szybko wymyśliła wymówkę. – Ten brutal potrącił Raina koniem! – chwyciła za ramiona zdezorientowanego chłopaka, który akurat miał buzię zapchaną ciastem. Aktorsko złapała się za policzek. – Bogaci ludzie są tacy bezlitośni! Należy im się nauczka.
– Pozwól, że powtórzę jeszcze raz – stanął tuż przed nią, niemal się z nią stykając. – Odnieś to właścicielowi.
– Co złego jest w zabieraniu bogatym, a dawaniu biednym? Czy nie tak właśnie robią najwięksi bohaterowie?!– odpowiedziała lekko podenerwowana jego bliskością.
– A ja ją popieram – Kiro wyciągnął drugi kawałek porcji słodkości.
– Mniejsza z tym – odwrócił się od niej. – Rain, dlaczego wyszedłeś z biblioteki?
– Zauważyłem Tiarę przez okno. Czy dzisiaj w nocy też zatrzymujemy się w mieście?
– Nie widzę takiej potrzeby. Skończę rąbać drewno i pomyślimy, gdzie udać się dalej.
– To już chyba mamy załatwione – dziewczyna popukała go palcem w plecy, żeby się odwrócił i podała mu zawiniętą kartkę. – Zlecenie dla najemnika
– Hmm? – rycerz odebrał i rozwinął stronicę. Szybko przebiegł wzrokiem po treści.
Angaż obejmował pracę związaną z przetransportowaniem ważnych ksiąg do alchemika Muerto Kanae zamieszkałego dwie wioski dalej wraz z ochroną opiekunki zapisków. Zadanie nieskomplikowane, a suma nagrody znacząca.
– Piszemy się? – Roniri czekał na odpowiedź Fatuma.
– Żartujesz? Tu nie ma co się zastanawiać! Wreszcie normalny, opłacalny zarobek – Tiara podskoczyła ze szczęścia.
– A ta opiekunka zapisków? Co jeśli to będzie dziewczynka w wieku Raina?
– Co w tym złego? – jasnowidz spojrzał na rycerza.
– Jedno dziecko to kłopot, dwójka...
– Myśl ekonomicznie! Będziesz mieć dwa skarby – zażartowała Tiara, jednocześnie posyłając mu uśmiech.
– Niech będzie... ale to po tym, jak już skończę tę robotę.

* * *

Znaleźli się w holu wielkiej biblioteki miejskiej. Gdzieniegdzie stały popiersia pisarzy lub wielkich uczonych, których dzieła spoczywały wśród ogromnych księgozbiorów. Nad wieloma drzwiami znajdowały się napisy, które sugerowały, jakiej dziedziny dotyczy zebrane tam pismo. Prawdopodobnie największą przestrzeń zajmowały działy "mathematik" oraz "philosophia", jednakże tylko nieliczni zaszywali się pomiędzy tamtymi półkami.
Młodzian o długich kasztanowych włosach zauważył, że w jednej z sal dwóch zakonników uczyło dzieci pisać i czytać. Ponadto, co również go zdziwiło, ośrodek odwiedzało dużo ludzi, co nie było popularne we współczesnych dla nich czasach.
– Musimy iść do dyrektora placówki, tak? – zapytał prorok.
Spojrzeli na szerokie, kamienne schody, po których ciągnął się dywan o ceglastej barwie.
– Najwyraźniej. Rozmawiałam z nim, ale już nie pamiętam, jak ten dziad wyglądał. – Tiara dodała od siebie, gorączkowo się rozglądając.
Grupka ruszyła więc po twardych schodkach, aż dotarła do drzwi o mahoniowym kolorze. Złodziejka wyrwała przodem i pociągnęła za złotą klamkę w kształcie zwiędniętego liścia.
Wnętrze było urządzone bardzo gustownie, o dziwo nie było tam literatury, jedyna znajdowała się na biurku z żelaznymi okuciami.
Duże szerokie okno wpuszczało promienie słoneczne, które drażniąco świeciło prosto w oczy gości.
Jedyna półka po prawej stronie stanowiła istne podium dla kolekcji słoni z podniesioną trąbą. Za wyjątkiem tego, nic znaczącego.
Tiara na początku myślała, że gabinet jest opuszczony, tym bardziej, że jaskrawe światło ograniczyło jej widoczność.
Jednak po chwili ktoś zasłonił bordową kotarą lewą część otworu okiennego i z pewnością nie była to ta sama osobą, z którą się wcześniej umawiała.
– Przepraszam? Czy zastaliśmy prowadzącego bibliotekę? – zapytała, przechodząc do rzeczy.
– Wiem po co przyszliście. Wykonać zadanie – odpowiedziała blondynka o długich, kręconych włosach.
Nie wyglądała na zwykłą dziewczynę. W oczach Tiary mogłaby nawet być księżniczką. Jej kosmki wyglądały jak falujący wodospad złota, a oczy niczym dwa szmaragdy spoglądały na przybyszów z ciekawością. Złodziejce zdecydowanie wydawało się, że ma coś wspólnego z najemnikiem.
Miała to samo szlacheckie spojrzenie co Fatum. Ich ciała były doskonałe. Jej wielkie jędrne piersi wyłaniały się z dekoltu czerwonej sukienki, kusząc nieszczęśliwych zalotników.
– Tak, to świetnie – bąknęła czarnowłosa z lekką zazdrością i spojrzała na rycerza.
– Jak przypuszczam, jest pani opiekunką księgozbioru, który ma trafić w ręce alchemika? – młodzieniec wyprostował się, na jego twarzy malował się wyraz powagi i profesjonalizmu. – Jestem Fatum Erein. Jeśli oferta jest aktualna i nikt nie przybył przed nami, aby się jej podjąć, z chęcią podejmę się zadania.
Tiara otworzyła szeroko usta, tak na prawdę od kiedy zobaczyła tę kobietę, miała cichą nadzieję, że rycerz jej odmówi.
Pobożne życzenie, przecież jest śliczna. – Zgadza się, drogi panie. Nazywam się Miriam Lasette – zbliżyła się do najemnika, jakby to on był szefem całej drużyny i podała mu dłoń na przywitanie.
Zaraz ukręcę łeb tej żmii... – Tiara w tym momencie poczuła awersję do obcej.
– Ja również pragnę się przywitać! – Kiro zrobił krok na przód i wysunął ręce do przodu.
– Ależ, proszę pana! – bibliotekarka poczerwieniała, gdy mnich położył swoje palce na jej biust.
– Niech pani nie zwraca na niego uwagi, jest tylko trochę niedołężny. Znaczy się niewidomy – dziewczyna złapała zakonnika za ucho, aby go odciągnąć od pracownicy ośrodka.
– Proszę się nie martwić. W każdej chwili może go pani uderzyć – najemnik ukłonił się nieznacznie.
– Będzie pani z nami podróżować? – chłopiec o śnieżnobiałych włosach uważnie przyjrzał się młodej kobiecie.
– Tak, proszę o ochronę, czcigodny panie! – skłoniła się przed nimi grzecznie, odsłaniając pół pełnię swoich kobiecych skarbów.
– Po co z tymi epitetami... On na to nie zasługuje i reszta też nie – Tiara zapowietrzyła się.
– To nazywa się uprzejmość – oświadczył rycerz, ujmując dłoń blondynki i całując gładką skórę. – Będzie mi bardzo miło móc zaopiekować się tobą oraz wszystkimi książkami podczas wspólnej wędrówki.
– Och... pan jest również bardzo szarmancki – zarumieniła się i zamrugała swoimi długimi rzęsami. Wydawała się taka niewinna i nieświadoma swojej siły, jaką stanowił jej wdzięk. Prosta złodziejka czuła, że to tylko marna sztuczka.
– Wcale nie jest – złośliwie poprawiła nową.
– Pani chyba nie docenia swojego przyjaciela. Elokwentny i przystojny dżentelmen – to mówiąc wpatrzyła się w niego.
Jakiego przyjaciela? Dlaczego ona od razu pomyślała, że jesteśmy tylko przyjaciółmi! I dlaczego tak się na niego gapi?! – Czarnowłosa wzięła się w garść i kopnęła Fatuma w kostkę. – Bierz te książki, amancie, i spadamy! – rzuciła krótko.
– Au! Musimy jeszcze poczekać, aż pani się spakuje. Nie bądź niegrzeczna – spiorunował ją oskarżycielskim wzrokiem – Ponadto, panno Miriam, ja i ta brunetka nie jesteśmy przyjaciółmi. Tylko razem podróżujemy.
– To ja pójdę po książki – Rain zniknął w sąsiednim pomieszczeniu.
– Co?! – rzuciła morderczym wzrokiem na Eniela. – Tak naprawdę, nawet znajomymi nie jesteśmy. Ten lalusiowaty głupek wszędzie się za mną ciąga, tylko dlatego, że mam pieniądze i znajduję mu oferty pracy z czystej litości – rzuciła uszczypliwie na odchodne.
– Nie wierzę, że pan Fatum wykorzystywałby młodą dziewczynkę w ten sposób – blondynka wyglądała na przejętą. – Młódki mają tendencję do przekoloryzowania. Niech się pan nie przejmuje – puściła zalotny uśmiech do rycerza.
– Młódka, powiedziałaś... – powtórzyła po niej z niesmakiem.
– Hej, hej, spokojnie. Przez jakiś czas będziecie razem podróżować, powinnyście się przynajmniej tolerować.
– Przecież ją toleruje, tylko ciebie nie – Tiara pokazała mu jęzor i wyszła z pomieszczenia.
– A ja bardzo akceptuje i ufam panu, że będę pod dobra opieką – kobieta ponownie drygnęła na swoich szczupłych nogach.
– Może się pani o to nie martwić. Nie pozwolę, żeby coś się panience stało.
– Halo? My też tutaj jesteśmy – wtrącił kapłan.
– To dobrze się składa – piękna kobieta podała Kiro trzy grube i najwidoczniej stare księgi, bo unosił się za nimi tuman kurzu.
– Mam to nieść? – zapytał zaskoczony.
– Ktoś musi ochraniać księgi, kiedy mnie będzie ochraniał pan Fatum – beztrosko złapała się za policzek, a potem przeczesała palcami swoje lśniące złotem włosy.
– Panienka jest bardzo inteligentną istotą. To bardzo dobrze się składa. Pod moją pieczą jest chłopiec, który przed chwilą wyszedł. Czy byłaby możliwość, o ile nie stanowiłoby to problemu, żeby go panienka czasem pouczyła?
– Jak mogłabym nie ulec takiej prośbie? – zbliżyła się do niego powoli i bardzo blisko.
– Więc... najwidoczniej bardzo lubisz dzieci – odpowiedział całkiem niewinnie, obserwując, jak z każdym jej krokiem gęste, duże loki falują kusząco. Właściwie nawet przeklął siebie w duchu. Zawsze miał słabość do kobiet o kręconych włosach.
– Bardzo, a jeszcze bardziej inteligentnych mężczyzn – mrugnęła jednym okiem, wywołującym dreszcze podniety.
– Wątpię, żeby moja inteligencja dorównywała komuś takiemu jak opiekunka naukowych ksiąg. Właściwie to nawet pachniesz książkami. Bardzo przyjemna woń, muszę przyznać.
Wyglądała, jakby się zawstydziła. – Myślałam, że moje francuskie perfumy pachną intensywniej.
– Skrywana woń jest o wiele bardziej frasująca niż najpiękniejsze egzotyczne pachnidła. Oczywiście czuję też od pani mieszankę frezji i brzoskwini... hmm... piwonii chyba również, nie jestem ekspertem.
– Przepraszam, ale ja wciąż tu jestem! Może byśmy się ruszyli, Tiara czeka na nas na dole – Roniri przypomniał o swojej obecności.
– Ach, tak, zapomniałam. No to niech pan zejdzie dotrzymać jej towarzystwa. Będziemy zaraz za panem – oświadczyła. Mnich wzruszył bezsilnie ramionami i poszedł do wyjścia.
Gdy tylko zniknął smukła nieznajoma usiadła na biurko i wyciągnęła długie nogi do przodu.
– Panie Fatumie, jestem taka rozkojarzona. Kim są pańscy przyjaciele?
– Trudno nazwać ich przyjaciółmi, to po prostu towarzysze podróży. Chłopca wziąłem z klasztoru, by obejrzał troszkę świata. Ona jest złodziejką, on zboczonym mnichem. Nie sądzę, żeby było coś więcej do przekazania na ten temat.
– Rozumiem... Nic ciekawego. A pan? Kim pan jest? – uśmiechnęła się. Fatum czuł, że wzbudzała w nim zaufanie, ale chyba nie na tyle, żeby mógł wszystko od razu jej powiedzieć. Jak dotąd opowiedział swoją historię Tiarze, co stanowiło całkowity przypadek. Nieobliczalna dziewczyna, mimo to jeszcze nikomu nie zdradziła sekretu, ale raczej wydawało się to tylko kwestią czasu. W tej kwestii panna Miriam wyglądała na przeciwieństwo właścicielki paskudnej białej żmijki.
– Ja? Chyba jeszcze mniej ciekawą istotą niż trójka, z którą podróżuję – uśmiechnął się do niej. Jej oczy powiedziały mu, że nie jest zachwycona jego odpowiedzią. – Jestem najemnikiem, rycerzem... ogółem wędrowcem. Nigdzie nie zagrzewam miejsca.
– Nie ma pan domu? Czy to daje szczęście? Nie wolałby pan założyć rodziny? – zamyśliła się nad jego życiem.
– Natura daje mi szczęście, ludzie niekoniecznie. Podoba mi się wolność, którą odczuwam. A co do rodziny... jest jeszcze mnóstwo czasu. Właściwie to... chyba jestem zbyt zdziczały na takie coś – zaśmiał się.
– Więc w drogę, poszukiwaczu przygód! – zeskoczyła z mebla, złapała za jego dłoń i powiodła na dół.






022. Zgaszona namiętność

poniedziałek, 15.listopada.2010, 14:05
Miasto strawione ogniem, żadnej żywej duszy, jedynie śmierć i nagrobki. Nie było sensu dalej przebywać w takim miejscu. W dodatku istniała możliwość, że kolejne ludzkie istnienia będą w niebezpieczeństwie, dlatego też ruszyli na północ do najbliższego grodu.

Po dwóch dniach wędrówki, późnym wieczorem zastali senne, spokojne miasteczko. Jedyny ogień na jaki się natknęli był w pełni kontrolowany. Wydobywał się z pieca, nad którym karczmarz piekł prosiaka. Zdawało się, że miejsce to jest całkiem inne od tych, które znali. Klienci nie pili na umór, nikt nie krzyczał, wszechobecna była kultura i uprzejmość. Wręcz niestosownym byłoby odbiec od tej normy.
Fatum był bardzo zadowolony z takiego obrotu spraw. Siedział przy stole ze zwieszoną głową jakby miał zaraz zasnąć.
– Powinniśmy poszukać miejsca na nocleg – oznajmił Rain, przyglądając się swojemu opiekunowi.
– Powinniśmy wznieść toast! – zaproponowała Tiara i skinęła na kelnerkę. – Cztery piwa!
– Myślałem, że chłopak jest za młody – Kiro miał na myśli małego proroka.
– Dla mnie dwa... – westchnęła.
– Ja nie piję alkoholu – przypomniał Fatum, odrywając się od świata, w którym był zanurzony do tej pory.
– To będzie bezalkoholowe, nie bądź cieniasem – kąśliwie dorzuciła i pstryknęła go w ramię palcami.
– W przeciwieństwie do ciebie, mnie nie można tak łatwo złapać na ambicję. Jeśli uważasz, że jestem cieniasem, proszę bardzo. Jednakże kim ty jesteś w takim razie?
– Znowu zanosi się na kłótnię...
– O nie! Mylisz się, Rain. Tym razem nie zamierzam strzępić jęzora na byle co – odpowiedziała z wyrachowaniem.
– Tak to jest, jak się nie ma argumentów – fuknął Fatum.
– Ha! Coś mi się przypomniało! Chodź na mały spacerek! – pociągnęła go za rękaw, aby poszedł za nią. Gdy tylko wyszli z budynku poprowadziła go wzdłuż ciemnej uliczki. Nie miała obranego konkretnego celu wycieczki.
– O co chodzi? – zapytał, gdy przystanęli.
Dziewczyna uśmiechnęła się podstępnie – Nie dokończyłeś swojej historii, książę.
– Co... co proszę? Chyba coś ci się pomieszało w głowie.
– Rozumiem, że chcesz wrócić i opowiedzieć wszystkim? – skrzyżowała ręce w zniecierpliwieniu. – Poza tym wyszliśmy, bo miałam dość starego zboczeńca i łkającego gówniarza – dodała.
– Nie mam zamiaru co o niczym opowiadać. Lepiej to zrozum i zaakceptuj.
Niewiasta chwilowo umilkła. Wiatr lekko podrzucał jej czarne kosmki, zasłaniając wyraz twarzy. Pasowała do nocy. Niebieska sukienka odbijała poblask zamglonego księżyca, karnacja zaś przypominała jego tarczę. Chłód dotykał ich oboje, jeżąc pojedyncze włosy. – Chciałam się tylko odwdzięczyć za to, że mnie obroniłeś i wysłuchać cię – wytłumaczyła jednym, długim zdaniem i w zrezygnowaniu rozłożyła dłonie. – Trudno... Wracajmy.
– Nie sądzę, żeby ta wiedza była ci potrzebna. Nie jestem tak interesujący jak ci się wydaje. Nie posiadam majątku, zamku, tytułu... moim domem są wszystkie lasy.
– A ten znak na twoim grzbiecie? – podkreśliła pytanie ironią. – Co ukrywasz?! – nie wytrzymała napięcia.
– To tylko... dawna pamiątka – bezwiednie dotknął karku.
– Niby po czym? – ciągnęła go dalej za język.
– Z dzieciństwa. W sumie nie pamiętam kiedy mi go zrobiono. Miałem go chyba od zawsze.
– A twoje dzieciństwo? – stanęła przed nim i zajrzała prosto w oczy. Pomyślała, że w ten sposób nie będzie w stanie jej okłamać. – Mów! – ponagliła go.
– Jeśli powiem, dasz mi spokój?
Pokiwała głową twierdząco i z pełnym zrozumieniem.
– Nie pamiętam swoich rodziców i rodzeństwa. Kiedy umarli, miałem trzy lata. Przeżyłem jako jedyny, ponieważ nie wypiłem trucizny, którą mi podali. Prawdopodobnie wszystko przez to, że byłem nieposłusznym dzieciakiem. Co działo się potem, nie wiem. Podobno jakiś służący mnie odnalazł i wyprowadził z zamku. Nie wiem, czy powinienem wierzyć w tę wersję, kiedy całe miasto tonęło w ogniu, a nieprzyjaciele wdarli się do zamku – zamyślił się na chwilę. – Parę razy byłem przygarniany, ale zawsze kończyło się to katastrofą. Moc, z którą się urodziłem, stała się moim przekleństwem – spojrzał na swoje dłonie. – Potrafiłem wzniecić pożar nawet przez sen. Dwa razy zdarzyło się, że moi opiekunowie zginęli. Ja wychodziłem bez szwanku, bo płomienie nie robią mi krzywdy. W każdym razie ludzie zaczęli mnie unikać, ja unikałem ich. Jako siedmiolatek zacząłem mieszkać w lesie, obserwowałem ludzi zbierających grzyby, łowiących ryby... tak uczyłem się żyć. Zimy spędzałem na poddaszach, stajniach, stodołach... nie miałem wyboru, mimo że to też nie było dobrym pomysłem. Zapewne domyślasz się, co mam na myśli... dzieciak, ogień, siano...
Tiara ujrzała smutek i emocje w jego słowach. Wyrzucił wreszcie to, co tak ukrywał przed nimi.
– Już dobrze! Więcej nic nie mów! – zatrzymała jego wyznanie i uścisnęła go. Chciała go podnieść na duchu, mimo że mógł wcale tego nie potrzebować.
– Naprawdę nazywam się Eniel Areo – szepnął wprost do jej ucha.
Dziewczyna położyła dłonie na jego policzek. Sam młodzieniec miał wrażenie, że one czegoś się domagały, chciały dotykać i głaskać. – Miło mi – uśmiechnęła się i gwałtownie odwróciła na pięcie. – Wiedziałam, że z tobą Fatum nie można pozwolić sobie na żadne luźne pogawędki przy świetle księżyca. Ponadto moja zamówiona kolacja stygnie! – wszystko obróciła w taki sposób, jakby tamta rozmowa nie istniała. Pomachała mu ręką, aby wracali.
– Oczywiście – skrzywił się lekko, choć w głębi duszy odczuł ulgę. Ruszył za nią, zamyślając się nad czymś.

* * *

W parę minut doszli z powrotem do oberży. Kiro póki co, zdążył wypić wszystkie alkohole zamówione przez złodziejkę. Lekko kołysał się na krześle podśpiewując jakąś starą piosenkę. Tiara usiadła przy Rainie i zamówiła jeszcze coś słodkiego dla siebie i chłopca.
– Zostało już tylko na nocleg – zajrzała do sakiewki.
– Jutro trzeba będzie znaleźć pracę, obojętnie jaką – wtrącił mnich.
– Zdaje się, że tak. Trochę za dużo wydałam na targowisku.
– Postaram się coś załatwić – oświadczył Fatum, nim jeszcze zasiadł przy stole i poszedł do karczmarza.
Gdy wrócił, jego twarz rozświetlał jakiś niecny uśmieszek.
– Rain, śpisz dzisiaj ze mną w łóżku.
– Nie widzę problemu. A dlaczego się tak ciszysz?
– Bo zostały tylko dwa wolne pokoje. W każdym z nich jest tylko jedno łóżko. To oznacza, ze śpisz ze mną, a Tiara z Kiro.
– Sam śpisz z mnichem! Ja biorę chłopaka! – czarnowłosa podskoczyła jak oparzona.
– No, ale dlaczego nie chcecie ze mną spać? – Roniri się skrzywił, a po chwili rozweselił – A, już znam powód...
– Ja zajmuję się chłopcem, więc śpi ze mną. Nie ma tu o czym dyskutować.
– Ale co on wam przeszkadza? – wtrącił chłopczyk – Przecież nie śmierdzi ani nic...
– To moja kasa do cholery! – uszczypnęła Fatuma w ramię.
– A może losowanie? – zaproponował nieśmiało Kiro, chcąc uniknąć mordobicia między pyskatą złodziejką, a nieustępliwym rycerzem.
– Jeśli tak wam to nie pasuje, ja pójdę spać do pana Kiro – wtrącił jasnowidz.
– Co? Że niby co ty proponujesz?! Ja mam spać z tym głąbem?! – kobieta wskazała na Fatuma z oburzeniem. – Roniri czy Eniel...? – zaczęła rozważać wewnątrz siebie. Zaczerwieniła się, odrzucając pierwszą myśl. – Wybrać mniejsze zło – analizowała dalej. Zakonnik na pewno nie da jej spać, to zbyt niebezpieczne. Natomiast Fatum jest tak grzeczny i honorowy, że na pewno zgodzi się obsadzić podłogę. – Zgoda! – udała, że jest to jej nie na rękę.
– Ale ja się nie zgadzam. Muszę spać z kimś dorosłym..
– Będziesz spać z dzieciakiem – oświadczył Fatum. – A ja... będę cierpiał katusze.
– Świetnie, zamawiam sobie łóżko. Idź po klucze.
– Gdybyś się jednak rozmyślił, to u mnie, to znaczy... u nas jest dużo miejsca – podpowiedział zakonnik.
– Jeśli spróbujesz coś kombinować, wykastruję cię – wysunął nieznacznie ostrze z pochwy, aby Kiro usłyszał metaliczny dźwięk.

* * *

Pomieszczenie było małe, ale dość przyjemnie urządzone. Łóżko, wbrew zapewnieniom, nie było duże. Fatum nie zwracał jednak na to uwagi. Zauważył fotel, na którym się usadowił.
– To będzie moje miejsce do spania – oświadczył i na dowód przewiesił nogi przez oparcie, wygodnie układając się na meblu. – Tylko ciepło się okryj, jest zimno.
– Jakbyś nie wybrał pokoju z takim zepsutym oknem, to byłoby cieplej! Przez tą szczelinę wszystko ucieka – zauważyła dziewczyna i walnęła ze złości w pękniętą framugę.
– Nie było innych pokoi. A nie mogę pozwolić, żeby chłopak marzł. Niestety padło na ciebie. Kołdra wygląda jednak na ciepłą, nie narzekaj.
– Głupek – pokazała mu dziecinnie język i opuściła bez słowa pomieszczenie. Najprawdopodobniej poszła zażyć kąpieli. Po parunastu minutach wróciła w samym ręczniku, zapachniało jak tylko przekroczyła próg.
– Ten ślepy kret wkradł się do żeńskiej łaźni! Dasz głowę? – poskarżyła się z miejsca i zaczęła szperać w swojej torbie. Po chwili trzymała w dłoniach biały materiał. Chciała się przebrać. – Nie patrz! – zasyczała i schowała się za skrzydłem szafy.
– Yhym... – mruknął ledwo słyszalnie. Fatum niemalże zasypiał. Jego rozluźniona twarz zdawała się być jeszcze przystojniejsza, silne ręce miał splecione. Obraz zdawał się być niemal idealny, gdyby nie gęsia skórka na ramionach. Troszczył się głównie o nią, lecz jemu również musiało być zimno.
Dziewczyna dotknęła jego ręki, jej palce były przyjemne i ciepłe. – Chłodny.
Zdążyła się już przebrać. To była biała, długa niczym sukienka, koszula z rozkloszowanymi rękawami, przewiązana w talii kokardą tego samego koloru.
– Co, chcesz czegoś? – spojrzał na nią, przecierając oczy. – Jutro też jest dzień.
– Mam wyrzuty sumienia – skrzywiła się. – Podzielę się łóżkiem – mruknęła i podskoczyła do zaścielonego mebla. – Tu jest linia. Jeśli ją przekroczysz, stracisz życie – wyznaczyła niewidzialną kreskę i zgasiła zapaloną świecę na stoliku jednym dmuchnięciem. Zrobiło się ciemniej, ale wciąż mogli się dokładnie widzieć.
Otworzył szczerzej oczy, przyzwyczajając się do panującego wokoło mroku. Zawahał się, ale wstał i podszedł do łóżka. Noc zapowiadała się na wyjątkowo chłodną. Ściągnął obuwie, następnie płaszcz i koszulę, by pozostać w szerokich spodniach.
– Jesteś pewna? – spytał ostatecznie, chwytając za puszystą kołdrę.
– Tak. Mój wizerunek złośnicy o kamiennym sercu legł w gruzach – bąknęła i położyła się, odwracając plecami do sąsiada.
– Niech będzie – wsunął się pod ciepłe okrycie. Jego ciało przyjemnie zadrżało. Niemalże natychmiast odczuł ogromną ulgę.

Kolejnych piętnaście minut minęło w kompletnej ciszy, lecz dziewczyna nie mogła zasnąć. Z nudów wymyślała tysiąc powodów, dla których nie trawiła Fatuma.
Od błahych – "nie lubi piwa", po poważniejsze – "nie traktuje jej poważnie".
Zasnął już? Jak on może tak spokojnie spać! Co za baran... – Tiara złapała silnie za kołdrę przywłaszczając sobie ją w całości. – Niech ci jaja odmarzną i odpadną! – pomyślała i zachichotała cichutko.
Nie doceniała jednak siły i uporu mężczyzny. W jednej chwili poczuła jego dłoń na swoich plecach, następnie ramieniu... chwycił pościel i pociągnął w swoją stronę. Nie pozbawił jej całej, lecz znacznej części. Trzymał okrycie tak mocno, że nie mogła już zerwać swojej części. Odczuła chłód na stopach.
Zacisnęła zęby w lekkim podenerwowaniu, odwróciła się i zimne nogi oparła o jego brzuch. – O tak, teraz lepiej! – poczuła ciepło zyskane dzięki złośliwości.
– Hej, co ty robisz? – nagle rycerz zerwał się, odkrywając kołdrę – Weź łaskawie swoje giry.
– Nie! – zagrzmiała i rzuciła mu poduszkę w twarz.
– Ile ty masz lat, dziewiętnaście czy dziewięć? Zacznij się w końcu zachowywać jak dama.
– I kto to mówi? Dzisiaj robisz za piecyk, a jak ci się nie podoba to będę cię torturować – przysunęła się do niego.
– Niedawno mówiłaś coś o linii, która miała nas dzielić. Więc może wrócisz na swoją połowę?
– Wymazuje ją! Poza tym mam prawo do trzech czwartych tego łóżka.
– Sprawiasz, że mam ochotę zrobić to, co ostatnio, żebyś się uciszyła... – warknął.
Zatkała się przez chwilę, analizując usłyszane słowa.
– Że co niby?
– Domyśl się – uciął, przysuwając swoją twarz do jej twarzy. Tiarę coś sparaliżowało od środka, nie mogła się ruszyć, ani uciec. Jednak tak naprawdę naprawdę, nie chciała. Pamiętała ten niedosyt pozostawiony na jej ustach ostatnim razem. Teraz to miało władzę i ciągnęło, wręcz szarpało. Jej ciało mimowolnie przechyliło się ku nie mu.
A jeśli to żart i w ostatniej chwili się odsunie? – Nie mogła pozwolić sobie na taką wpadkę. – Pocałujesz mnie? – zapytała zaczerwieniona jak dojrzewające jabłko w sadzie.
– Jeśli mnie zdenerwujesz – odparł całkiem poważnie. – Mam zamiar się wyspać, a nie słuchać wywodów pannicy.
– Brzmisz banalnie jak zwykle – parsknęła. – Poza tym drugi raz z tą samą sztuczką. Nie uda się. Proponuję, abyś wyrzucił mnie przez okno – pokazała, że umie się oprzeć i jednocześnie odgryźć. Pomimo tego, co mówiła, jej policzki robiły się gorące, Bóg jeden wie, co chodziło teraz po jej głowie. Odwróciła się do niego plecami w pozycji siedzącej. Gdy jej oczy nie patrzyły w jego, czuła się pewniej. Z kolei sama świadomość, że jest tuż za nią półnagi, budzący pożądanie, toczyła batalię z chorą dumą.
Zapach jej skóry zaczął władać jego zmysłami. Nie musiał jej dotykać by wiedzieć, że jest perliście gładka. Jakże dawno nie brał kobiety w ramiona... stojąc u progu dojrzałości, poznając smak rozpusty, całkiem zatracił się w pożądaniu. Rycerz, poeta, namiętny kochanek... musiał jednak zrezygnować z tego ostatniego i stać się wzorowym człowiekiem. Za dużo cierpienia widział w swym życiu, kobiety zakochiwały się zbyt łatwo... ale cóż z tego, skoro ona teraz pragnęła jego dotyku. Potrafił to wyczuć, zobaczyć... prawie niezauważalne drżenie, dziewczyna targana podnieceniem. Przymknął oczy, zbliżył się do niej, musnął wargami nagą szyję. Niemalże podskoczyła z zaskoczenia. Odwróciła do niego nieśmiało twarz, wypowiedziała:
– Enielu...
Jego imię brzmiało teraz tak słodko i lekko, gdy wypowiedziała słowa. Sprawiała wrażenie delikatnej, innej niż ta, z którą pije się piwo. Słabe światło odbijające się w jej źrenicach skakało na prawo i lewo, wyrażając niemoc.
Fatum wiedział, co to znaczy, "jest już jego". Gdy tylko wyciągnie po nią dłoń, ona struchleje targana emocjami. Każda jednak kobieta z która się zetknął była tajemnicą, jedne potrzebowały słodkich słów, opieki, inne zupełnie niczego. Tiara wyglądała na taką, która chciałaby usłyszeć jakiś zapewnienie. Tak łatwo było je rozszyfrować, wystarczy chcieć i mieć doświadczenie. On je posiadał.
– Jesteś ze mną bezpieczna – wyszeptał, przeczesując palcami czarne włosy. Nie mógł oprzeć się delikatnie rozwartym ustom, jej szybko unoszącej się klatce piersiowej. Jego nozdrza wychwyciły jaśminową woń, wydobywającą się z jej włosów.
Usadowił się wygodniej, opierając ręką o pościel. Opuszki palców wędrowały po jej policzku i szyi. Nie mógł się oprzeć pokusie pocałunku. Zespolił więc ich wargi w namiętnym tańcu.
Niewiasta natomiast czuła jakby dotykała soczystego miąższu owocowego, chciała go lizać i gryźć.
Położyła dłonie na jego napiętych ramionach i westchnęła. Mężczyzna poczuł, jak całe powietrze obaw, umknęło wraz z tym oddechem. Rozluźniła się. Przysunęła się do niego jeszcze bliżej, przylegając ciałem. Teraz dzieliła ich tylko cienka powłoka materiału piżamowego.
Dwa pagórki zderzyły się z jego klatką piersiową, powodując skok fali rozkoszy, gdzieś w środku.
Dziewczyna podziwiała to jak jest zbudowany, wodząc dłońmi po całym ciele. Chciała się dowiedzieć wszystkiego, łaknęła zakazanej wiedzy.
W pełni skupiona na odwzajemnianiu miłosnych pocałunków, wydała głębokie "ach".
Poczuła jego dłonie na plecach. Pieszcząc językiem i ustami jej dekolt, rozwiązał małą kokardkę, która ściągała materiał. Paroma zdecydowanymi ruchami rozluźnił materiał, który powoli zaczął zsuwać się z jej ramion. Nie opadł jednak całkiem, zatrzymał się za to na obfitych piersiach.
Położył dłonie na ramionach Tiary, językiem powędrował wzdłuż obojczyka. W jednej chwili pociągnął zdecydowanie za rękawy, obnażając kobiecą skórę. Objął jej piersi, palcami zaczął wodzić naokoło sutków, które po krótkiej chwili nabrzmiały i stwardniały. Poczuł cudowny dreszcz, gdy jej stłumione jęknięcia dobiegały jego uszu.
W pewnej chwili ulękniona niewiasta stała się bardziej łapczywa. Palcami ześlizgiwała się po jego brodzie, szyi i wspaniałym torsie.
Potem niżej. Odkryła, że on również jest już mocno pobudzony tym, co dzieje się teraz i co może dziać się dalej. Jego mięśnie krzepły przy kontakcie z jej opuszkami. Kolistym ruchem zwilżała jego szyję, potem małżowinę uszną. Gdy dotarła do wargi złapała ją, drażniąc zębami. Krew w żyłach pulsowała jak oszalała, rozpalając ich ciała do czerwoności. Zimno w pomieszczeniu stało się niczym w porównaniu do tego ognia. Lekki chłód był im potrzebny, aby orzeźwić ich skórę, która parowała w tej chwili namiętnością.
Tiara wodziła nosem po jego ramionach i włosach. Też pachniał, tylko jakąś nieokreśloną męskością, która kazała jej podporządkować się. Jak trawa, która pod naporem wiatru ugina się, tak ona odchyliła się pod presją jego subtelnego oddechu.
Łagodność mężczyzny przemieniała się coraz intensywniej w nieokiełznaną pożądliwość. To tak, gdy zwierzę atakuje swoją ofiarę. Ofiara zaś w tym wypadku była przyjacielem. Kochanką domagającą się więcej.
W pewnej chwili odrzucił ją od siebie. Nic dziwnego, że spoglądała na niego pytającym wzrokiem. On jednak złapał dziewczynę za ramiona i przyszpilił do łóżka. Oddychali głośno, patrząc na siebie zamglonymi z pożądania oczami, pragnąć siebie nawzajem.
Usadowił się między jej nogami, złapał za biały materiał zakrywający ją od linii bioder. Pociągnął sukienkę ku sobie, nakłaniając partnerkę do uniesienia tułowia. Ostatni skrawek zakrywający dziewczęce ciało znikł w kącie ciemnego pomieszczenia. Była piękna, naga, pobudzona. Położył się na niej. Czuł, jak jej piersi ocierają się o jego tors, gładkie udo ociera się o niego, nakłaniając do zespolenia. On natomiast obniżył się lekko i z zachłannością przyssał do brodawki jakby liczył, że odda mu swój życiodajny nektar. Poczuł, że chwyta go za nadgarstek i kładzie dłoń na lewej piersi. Mimo że nie okazał tego otwarcie, był zadowolony, skoro sama domagała się pieszczot. Ścisnął jędrną pierś niemal brutalnie.
Pisnęła i wpoiła w jego wargi. Teraz przypomniała sobie, że od początku go lubiła. To, że była taka złośliwa było tylko formą obrony przed tym, co nieuniknione. Teraz oboje domagali się spełnienia w lekkich ruchach ciał. Przyśpieszony rytm. Ciepło ogarnęło duszę mężczyzny, gdy szepnęła mu do ucha:
– Tak bardzo cię chcę...
Oplotła go rękami jak wąż, przyciskając mocno do siebie. Pieściła i zniewalała upojną wonią.
Zazdrośni mogliby być inni w takowej chwili. Fatuma powoli chwytał za serce jej czar. Na koniec, nogi zarzuciła mu na biodra i splotła silnie.
Pragnęła, aby był najbliżej, niemal stawał się jednością.
– Jeszcze chwilę, daj mi się sobą nacieszyć... – odezwał się ochrypłym z podniecenia głosem. Mimo że pieścił dziewczynę z szacunkiem, z każdą chwilą czuł, że pierwotne instynkty przejmują władzę nad jego ciałem. Cicho, w swoim sercu modlił się, aby nie zespolił się z nią zbyt gwałtownie, choć nie był pewny, czy ona pragnie delikatności, skoro zaczęła mocować się z jego szarawarami jakby pragnęła rozerwać je na strzępy, by tylko go zdobyć.
I kiedy już prawie dopięła swego, głośne skrzypnięcie drzwi do ich sypialni przerwało wszystko.
Ucichli sparaliżowani nagłym strachem. Tira przestała się ruszać, Eniel także zastygł na niej. Nasłuchiwali. Dźwięk drewnianej podłogi upewnił ich, że ktoś powoli idzie.
Rycerz chwycił błyskawicznie kołdrę i nakrył ich oboje po szyję, żeby zasłonić się przed niechcianym wzrokiem.
– Przepraszam, śpicie? Rain tak głośno chrapie, że pomyślałem... – wyjęknął znajomy głos należący do ślepego zakonnika.
Fatum tylko poczuł, jak wściekła Tiara zaciska pazury na jego ramieniu.
– Natychmiast wracaj do swojego pokoju i daj nam SPAĆ! – wrzasnął rozjuszony namiestnik – ze sobą – dodał w myślach.
– Ale ja mogę spać w nogach...
– Wyjazd stąd, bo nie wytrzymam! – wybuchła wreszcie dziewczyna.
– Na pewno? – zapytał naiwnie. Tiara drżała z emocji, gdyby nie była naga, wybiegłaby, aby przyłożyć natrętowi.
– Zmiataj, zanim ukręcę ci kark! – Fatum na dowód swoich słów chwycił mały wazonik i cisnął nim w duchownego.
Mnich zasłonił się rękoma.
– Widzę, że musiałem przeszkodzić w dobrym śnie. Jak ty możesz spać, kiedy koło ciebie taka kobieta? – mówiąc to nie oczekiwał odpowiedzi tylko skierował tam, skąd przyszedł. Kiedy tylko opuścił pokój, odetchnęli z ulgą.
– Zejdź ze mnie – wycedziła dziewczyna i nakryła się po sam czubek głowy.
– Yyy... jasne... – szybko ześlizgnął się z niej i odwrócił tyłem. Serce waliło mu jak oszalałe. Wiedział, że gdyby nie wizyta nieproszonego gościa, nic by ich nie powstrzymało. Niemalże miał ochotę wstać i zabić mnicha własnymi rękami.
Tiara po cichutku ubrała się, był to znak, że reszta nocy minie spokojnie. Bez niespodziewanych wyskoków i zachcianek.
– Przepraszam – powiedziała odwrócona plecami. – Tu jednak jest bardzo zimno. Mogłabym się trochę do ciebie przysunąć? Obiecuję, ze nie będę zabierać ci pościeli.
– Tak, tak... nie krępuj się.






021. Dziecko z koszmarów

poniedziałek, 15.listopada.2010, 13:59
Przedzierali się przez próchniejące drewno i spalone cegły, leżące na suchej ziemi. W jednej chwili Fatum zatrzymał się, dostrzegając jeden z nielicznych domów, który nie runął podczas pożaru.
– Schowaj się tam. Ja postaram się odciągnąć to coś.
– Ale..
– Bez gadania – na dowód prawdziwości swoich słów wyciągnął miecz i ruszył dalej, tym razem ostrożniej, rozglądając się dookoła nie w poszukiwaniu schronienia, a nieprzyjaciółki.

Rain nie miał wyjścia i usłuchał rozkazu. Odważnie ruszył w stronę domostwa pozbawionego kolorów życia. Przestąpił przez próg i rozejrzał się. To, co zobaczył, nie zadowoliło go. Nigdzie nie można było się schować. Studiując jednak księgi, wiedział, że niejeden dworek posiadał tajemne przejścia do piwnic. Spalone deski pomogły mu odnaleźć zejście.
Powolnymi, ostrożnymi krokami podążył w dół. Zamiast w piwniczce, znalazł się w długim tunelu, który ciągnął się na północ. Trzymając się ściany, ruszył przed siebie.

Zdawało mu się, że jego podróż trwała niemniej niż pół godziny. W końcu jednak tunel się skończył i trafił na ślepy zaułek. Fakt, że po tak długiej drodze nie odnalazł wyjścia, nie wróżyło niczego dobrego. Nie widząc innego wyjścia zaczął ślepo macać ściany. Chwycił za coś okrągłego i metalowego. Pociągnął, lecz poczuł opór. Pchnął więc do przodu, napotykając o wiele mniejszą przeszkodę. Ostatecznie uchylił przejście uderzając o tajemnicze drzwi swoim ciałem. Nagle bezkresne ciemności oblała słaba poświata. Ujrzał przed sobą schody, po których się wspiął.
Na ich końcu znalazło się przejście bez drzwi. Popielaty korytarz dłużył się z każdym krokiem. Gdzieniegdzie tylko na ścianach znajdowały się świece, z których co czwarta się paliła.
Doszedł do końca. Ostanie drzwi otwierały szeroką przestrzeń, a w jej powietrzu unosiły się drobiny kurzu.
Wiatr targał nimi przez stłuczone witrażowe okno. Chłopiec od razu wywnioskował, że jest to wnętrze świątyni.
Ławy modlitewne stały szeregiem naprzeciw ogromnego pustego ołtarza. Został tam tylko biały prostokąt po obrazie. Sala niegdyś wystawna, zdawała się być w dużej mierze ograbiona. Centrum pomieszczenia zdobił wspaniały mosiężny posąg mężczyzny, który trzymał w dłoniach gwiazdę.
Wszystkie inne przedmioty: świeczniki, susz, atrybuty kapłanów porozrzucane były po posadzce.
Rain zaczął spacerować wzdłuż siedzeń, przyglądając się kunsztowi rzeźbionych ścian. Nigdy nie pomyślałby, że będzie mu dane zobaczyć mekkę Solarisa, a raczej pozostałości po niej.
Wpadający ukradkiem strumień światła, padał na jedną z kolumn, czyniąc ją wspanialszą od innych. Ten newralgiczny widok przyciągał wróżbitę niczym magnes. Jednak, gdy tylko poczynił ruch w tamtą stronę, usłyszał ciche łkanie.
Ktoś siedzi pod filarem – zakomunikowała jego podświadomość. Widział teraz wyraźnie, kobieta w błękitnej sukience ukrywała twarz w dłoniach. – A co, jeśli to kolejna zjawa? – Ta jednak płakała jakoś "ludzko i żywo"...
Ruszył w kierunku niewiasty. Znał te czarne, luźno opadające na ramiona włosy oraz posturę.
– Co się stało? – znalazł się tuż przy niej i pochylił się.
– Rain? Co tu robisz? – zdziwiła się, odkrywając twarz. Jej oczy były pełne łez i wyrażały dogłębny smutek.
– Fatum kazał mi się ukryć, więc się kryję.
– Fatum? On też tu jest?
– Nie, szuka zombie – uśmiechnął się szeroko.
– Wiesz, tak bardzo się boję być tu sama. Słyszałam jakieś głosy. Zostaniesz ze mną?
– Fatum poszedł się z nimi rozprawić. Czemu płakałaś?
– Nie wiesz? Przecież jesteś jasnowidzem! – odpowiedziała złośliwie i poprawiła bandaż, który przytrzymywał opatrunek.
– Przecież nie wiem wszystkiego na zawołanie...
Tiara nabrała powietrza do płuc jakby chciała powiedzieć o czymś ważnym.
– Ten twój porąbany obrońca... Uwiódł mnie! A potem zostawił i uznał, że nie chce mieć ze mną nic do czynienia! – pożaliła się, krzycząc.
– Uwiódł? Niby jak?
– Nie wiem... Stało się – westchnęła. – To wszystko jego wina.
– Ale on przecież nic nie robił! I cały czas się kłócicie.
– Masz rację. Dlatego od dziś go nienawidzę! Zabawił się moim sercem i porzucił!
– Ale... wy oboje nawet nic ze sobą... – zmieszał się.
Zaczerwieniła się.
– Skąd ty niby możesz wiedzieć o takich rzeczach, siedząc w tych swoich górach, odcięty od świata?! – wykrzyknęła. Chłopiec wydawał się być bezbronny. Wolał nawet nie dyskutować. Kiedy tak starał się ją zrozumieć, Abraxis wyłonił łepek z jego rękawa. Nieduży biały płaz wyśliznął się z kryjówki i spadł na podłogę. Zaczął zmierzać w okolicę ław.
– A on dokąd pełznie? – zainteresowała się nagle, obserwując swojego pupilka, który dotąd był pod opieką Raina.
– Nie wiem, przecież to twoje zwierze. Zapomniałem nawet, że go mam. Może jest głodny?
Wąż obrócił główkę za nimi machnął językiem i znów brnął naprzód. Tym razem zakręcił, skierował się ku rzeźbie przedstawiającej Solarisa. Po chwili zwierzę jakby zapadło się pod ziemię.
– Tu jest dziura! Zaraz przy rzeźbie!
– Więc może powinniśmy ją zbadać, zamiast krzyczeć? – Rain bezwiednie wypowiedział słowa tak, jakby wypłynęły z ust jego opiekuna.
– Pod posągiem jest jakieś przejście – stwierdziła wiele się nie zastanawiając i uderzyła ramieniem. Solaris ledwo drgnął. Dziewczyna stanęła na końcu pomieszczenia, rozpędziła się i walnęła barkiem. Tym razem skutek był o wiele lepszy, statua zachwiała się mocniej. – Pomożesz mi?

* * *

Przed nimi pojawiło się kolejne mroczne przejście. Rain skrzywił się myśląc o kolejnej podróży bez światła, która miała trwać nie wiadomo jak długo. Na szczęście główną kaplicę oświetlało wiele świec, na ziemi walały się również pochodnie. Chłopiec zapalił dwie, jedną z nich podał dziewczynie.
– Myślisz, że to bezpieczne? Chyba nie powinniśmy iść tam bez opieki.
– Kogo masz na myśli? – warknęła na wspomnienie o Fatumie.
– Nie, już nic – opuścił głowę.
– Jestem taka wściekła, że nic nam nie grozi – chwyciła oburącz pochodnię, jakby miała zaraz komuś nią przywalić. Poszli dalej. Zimno w podziemiu nie napawało entuzjastycznie.
– Cuchnie trupem. Czy to krew? – spostrzegła, że ściany są wymazane czymś bordowym, rodem z najgorszych koszmarów. Zatrzęsła się chwilowo, ale przecież nie mogła pokazać, że się boi. – Dobra mam dość. Cofamy się – oznajmiła i odwróciła się na pięcie. Jak ogromne było jej przerażenie, gdy dostrzegła czarną postać przed sobą. – Potwór! – wrzasnęła i chwyciła Raina za rękę. Oboje zaczęli uciekać jak najdalej od niebezpieczeństwa. Nigdy nie pomyślałaby, że ma tyle siły w nogach. Przed nimi stanęły metalowe, otwarte wrota. Przekroczyli je.
Znaleźli się w wąskim korytarzu. Po każdej stronie znajdywały się cele. Dziewczyna przykryła usta, ohydny fetor prawie zmuszał do wymiotów.
– Może jednak zacząć wołać po pomoc? Albo stanąć do walki z tym czymś? – prorok nerwowo odwracał głowę, sprawdzając, czy to, co stanęło na ich drodze nie podąża za nimi.
– Żartujesz chyba! Jak zaczniesz się drzeć, to coś przyjdzie! Biegnijmy dalej! – rozkazała, biorąc odpowiedzialność na siebie. Widoki, które mijali były upiorne. W klatkach leżały zwłoki częściowo nadtrawione przez larwy. Gnijące, niektóre już nie przypominały ludzi, tylko worki gnoju. Dziewczyna nie potrafiła nie patrzeć. Łzy same cisnęły się do oczu. – Co za bestialstwo – pomyślała, dygocząc coraz bardziej. Teraz pragnęła, aby on przyszedł. Nawet, gdyby zaraz znowu miał sobie pójść, nie winiła go.
Trucizny siejące się z ciał przyprawiały ją o ból głowy. Czuła, że zemdleje. Przekraczając kolejny próg, doszli do jakiegoś pomieszczenia. Wyglądało jak laboratorium szalonego naukowca. Probówki skrywały dziwne płyny, a słoje ludzkie części ciała.
– Zaraz się porzygam! – skuliła się w kącie, jej struchlałe serce waliło jak młotem.
Ran spojrzał na swoją nową opiekunkę i skrzywił się. Nie miał jej za złe, bał się równie mocno jak ona. Jednak podróżując z Fatumem, zrozumiał, że on, jako mężczyzna, musi bronić ich obojga. Tymczasem ich przekleństwo stanęło w progu.
– Wy spaliliście miasteczko? – zapytała dziewczynka, której twarz toczyło robactwo. W małych dłoniach trzymała oczy.
– Chcieliśmy wszystkim pomóc! Przyszliśmy za późno.
– Nie jesteście sługami diabła?
– Mortimera, Boga Śmierci?
Dziewczynka skinęła lekko głową, potakując przy tym.
– Co tu się działo? – Rain odważył się zadać pytanie.
– Eksperymenty na żywych – odparła dziewczynka. – To nie wy?
– ABSOLUTNIE!
– Nie zbliżaj się! – kobieta o czarnych włosach rzuciła w nieprzyjaciółkę jednym ze słoików. Trafiła, ale mała jakby nawet tego nie odczuła. Tiara cofając się, zahaczyła o blat.
Coś na nim leżało, nie przypominało człowieka. Miało ciemne skrzydła, skórę jak jaszczurka i długi, granatowy jęzor.
Ciało demona... – złodziejka nie mogła uwierzyć w to, co widzi. Jedno było pewne, istota nie była żywa. – Co tu się wyprawia?! – czuła, że robi jej się słabo.
– Eksperymenty na ludziach. Król chce żyć wiecznie.
– Ale my nie jesteśmy jego sługami! Tak naprawdę nic nie mamy z tym wspólnego i chcemy wrócić do domu! – Tiara w panice próbowała różnych argumentów.
– Chcieliśmy wam pomóc! Kto wzniecił pożar?
– Ten, z którego krwi pochodzi ona – stworzenie obdarte z człowieczeństwa wskazało Tiarę.
– Mój ojciec? Ale ja nie zrobiłam nic złego! Nie jestem twoim wrogiem!
– A Mąż Przeznaczenia?
– Fatum? To przyjaciel. Wszyscy chcemy wam pomóc – podsunął jasnowidz.
– Nie można pomóc.
– On nie jest przyjacielem! Ścigaj jego, a nas zostaw w spokoju!
– Naprawdę chcesz, żeby stała się mu krzywda kosztem nas? – adept zakonników spojrzał na dziewczynę.
– Ale ja nie chcę umierać! – usprawiedliwiła się.
– A jego chcesz posłać na śmierć?
– Ale on już dawno uciekł i zostawił nas! – zareagowała na jego słowa.
– Zabić. Zemsta. Krew. Zniszczyć wrogów. Przeznaczenie – upiorna dziewczynka powtarzała uparcie.
Tiara pomyślała, najpierw, że faktycznie skieruje gniew demona na najemnika. Jednak opamiętała się, wyobrażając sobie, jak Fatum i reszta będą nią gardzić. Musiała coś zrobić, aby zwiększyć ich szansę. Stanęła przed półkami z trofeami w formalnie. – No dalej, mały potworku! Jeśli chcesz się nas pozbyć, to próbuj! Ten mały gówniarz to mój zakładnik. To ja ci podpaliłam twoją wstrętną wioskę! – zaczęła wymachiwać rękoma, aby skupić na sobie uwagę i rzuciła szklanym naczyniem przed jej nogi. Gestem kazała Rainowi korzystać z okazji.
– Przestań! To nie jest potwór tylko ofiara potwora! Pomyśl tylko! Ona była kiedyś niewinnym dzieckiem! Nie możemy jej tak traktować...
Dziewczynka zaczęła zbliżać się do kobiety.
– Pieprze to, co mi mówisz, Rain! – postawiła na swoim.
– Twoja krew jest złą trucizną – mała wykrzywiła twarz w szaleńczym uśmiechu.

Demony mnie tulą
ściskają całują
Jestem jedną z nich

Widzę oczami duszy
Widzę Zły Los
Widzę Małżonka Przeznaczenia...


Ponownie zaczęła pieśń. Stanęła przed samą Tiarą i wyciągnęła po nią dłonie.
– Wiesz co, jesteś nudna i cholernie monotematyczna! Zaprzyjaźnij się z lepiej z meblem! – niewiasta o fiołkowych oczach szarpnęła za regał i umknęła.
Zawartość półek wraz z nimi z hukiem poleciała prosto na nieumarłe dziecko. Cisza. Czarnowłosa odetchnęła z ulgą. Nadaremnie. Okazało się, że nie było to wszakże dużą przeszkodą dla straszydła, zaczęło podnosić z nieludzką siłą cały ciężar swoimi plecami.
Tiara nie czekała. W biegu chwyciła dłoń młodego wróżbity i pognała wraz z nim tą samą drogą skąd przybyli.
Nie odwracała się, po prostu mknęła przed siebie. Minęli odrażające ciemnice, podłużna sale dekorowaną krwią. Wydostali się na powierzchnie podziemia i stanęli na białej posadzce świątyni tuż przy posągu. Wszystko zajęło im parę minut.
– Do drzwi! Do drzwi! – wykrzyknęła kobieta, łapiąc oddech z ledwością. Nie miała już siły na nic, nawet nie wiedziała, jak trzyma się Rain.
Próbowała otworzyć wrota do wyjścia, na próżno. Osłabła tak, że były dla niej za ciężkie nawet przy pomocy drobnego jasnowidza.
Nagle coś zaczęło walić od zewnątrz, jakby chciało wyważyć wejście. Dziewczyna upadła ze strachu na podłogę i przesunęła się do tyłu.
– Zginiemy... – łzy bezsilności spłynęły po jej policzkach.
Jednak kiedy spodziewała się potworów na progu stanęli jej towarzysze podróży.
– Fatum, Kiro... – nadzieja w sercu dziewczyny stała się zgodna z rzeczywistością.
Poleciała w stronę mnicha i przytuliła się. Miała wszystkiego serdecznie dosyć: demonów, trupów, niegodziwego najemnika i przemądrzałego szczeniaka.
– No nie rycz, już jesteśmy przy tobie – oznajmił zakonnik i uścisnął ją serdecznie.
Piękny obrazek jednak skończył się policzkiem, gdy tylko Kiro położył swoją dłoń na jej pośladek.
– Zawsze psujesz mi humor – syknęła, odsuwając się od niego z awersją
– Skoro już na was wpadliśmy, idziemy stąd wszyscy.
– Tam na dole jest ta dziewczynka! – Rain wskazał palcem wejście do tunelu.
– A tam za nami jest bezpieczne schronienie. Idziemy – Fatum chwycił chłopca za rękę i pociągnął za sobą.

* * *

Nagrobki piętrzące się wśród drzew dawały złudzenie umarłego miasta. Pomiędzy kamiennymi płytami mężczyzna zbierał chrust,wyobrażając sobie, że dusze ludzi spoczywających w ziemi patrzą na niego z zainteresowaniem. Po części tak właśnie się czuł – jak obserwowane zwierze. Gdy byli tak daleko od miasta był pewny, że nic nie powinno im grozić. Miejsce, w którym się znajdowali, stanowiło o wiele bezpieczniejsze schronienie niż mury, które mogły w każdej chwili runąć w dół.
Wiedział, że jego towarzysze mają rację. Chciał pomścić tych ludzi, ale jednocześnie czuł beznadziejną niemoc. Tak jak wspomniał, nie mógł przebić się przez ogromną królewska armię, by dotrzeć do samego źródła chaosu, które ogarnęło państwo. Ludzie w miastach zachowywali się jakby nigdy nic się nie stało. Uśmiechali się, nadal prowadzili normalne życie tyle, że to wszystko było teraz jedynie grą pozorów. Każda pojedyncza jednostka przeżywała osobisty dramat.
Chłopi musieli oddawać znacznie większą część swoich plonów, przez co zimą ich rodziny cierpiały głód. Rodziciele starali się jak najszybciej wydać córki, by odciążyć swój skromny budżet. Wszędzie kradzieże, morderstwa... to nie byli źli ludzie. To był instynkt przetrwania. Wszyscy powoli zamieniali się w zwierzęta.
Ciekawe, kiedy będziemy musieli zabijać pobratymców, by wywalczyć prawo do jedzenia – przeszło mu przez głowę. Znaczna część lasów należała do króla, który, co oczywiste, zakazywał połowów zwierzyny na jego terenach wieśniakom. Bez mięsa, bez zbóż...
– Eniel... – szepnął dziecięcy głos, wyrywając go z zamyślenia.
Jasny szlag – odwrócił się gwałtownie.
Na kamiennym nagrobku niedaleko niego siedziała zmora z jego snu. Dziecko miało ta samą brudną podartą sukienkę, zmasakrowaną twarz z nieznanego powodu. Uśmiechała się do niego, wyszczerzając pojedyncze zęby. Nuciła sobie tą straszną piosenkę, którą już tak zdążył poznać. Trawy kołysały się w jej takt, a wiatr świszczał przeraźliwie niczym jęki ofiar. Zimny dreszcz mimowolnie przebiegł po jego plecach.
– Jesteś moim wrogiem? – zapytała powolnie.
– Nigdy nim nie byłem. Nienawidzę tych, którzy ci to zrobili – wyprostował się.
Brązowa ciecz zaczęła wypływać jej z czarnych oczodołów. Wyglądała prawie jakby płakała, gdyby nie to, że w tym błocie baraszkowały białe larwy. – Czemu nas nie uratowałeś? – odezwała się z żalem, nie poruszając się na centymetr.
– Nie zdążyłem. Bardzo chciałem wam pomóc. Od jak dawna jesteś taka?
– Zauważyłeś to? Jestem żywa... – zakomunikowała i przekręciła głowę w bok. Fakt, że była kiedyś zwykłą dziewczynką, a teraz wygląda jak monstrum, był wstrząsający. Makabra cisnęła łzy do oczu. – Nie mogę umrzeć, choć tak bardzo tego pragnę. Na żywym szkielecie, resztki mojego mięsa. Rozkładam się, ale nie ginę. To już nie boli.
– Czy twoi rodzice też są tacy? – niepewnie zbliżył się do niej. Jednak, gdy tylko to zrobił, poczuł drażniący odór.
– Nie żyją. Król ich zabił. Zabił ich test. Chcę pójść tam. Tam, gdzie oni.
– W jaki sposób możesz tam trafić?
– Umrzeć.
– Trzeba przebić cię mieczem, tak? – mówiąc to, wyciągnął oręże.
– Moje serce zgniło i zropiało – odsłoniła kawałek materiału, który zakrywał kości i pustą przestrzeń.
– Więc w jaki sposób możesz umrzeć? – przystanął.
– Święty ogień spopieli moje żywe kości. Krew niewinnego, odeśle demoniczną duszę do piekła – zabrzmiała chłodno.
– Może się nadam... – jego dłoń zapłonęła. – Nie wiem czy jest to święty ogień, ale zawsze coś. Gotowa?
Ona w odpowiedzi uśmiechnęła się, wyrażając zaufanie.
Podszedł do niej zdecydowanym krokiem. Z jednej strony czuł obrzydzenie do samego siebie. Jednak.. musiał jej jakoś pomóc. Pierwsze płomienie objęły poszarpaną sukienkę.
Wstała i znów zaczęła nucić. Ogień rozszedł się tymczasem po jej ciele, tańcząc złociście. Przybierał na sile, jakby dziecko było tworzywem z drewna. Języki z łatwością zjadły jej odzież, a teraz zabrały się za lizanie policzków. W końcu jej cała sylwetka wybuchła czerwienią, niczym żywa pochodnia. Mała zrobiła piruet i zaczęła chichotać. Teraz w oczach najemnika stała się wesołym chochlikiem ognia.
– Dziękuję... – coś szepnęło mężczyźnie do ucha. Jej postać zaczęła się kurczyć jakby przyklękała, czarnieć i w końcu rozsypywać się na ziemię. Zapadła cisza. Nie czuł już jej obecności, pamiątką po niej został popiół.
– Przynajmniej raz moja moc zdała się na coś naprawdę pożytecznego. Przepraszam, że nie przybyłem tu wcześniej.






020. Rozstanie

poniedziałek, 15.listopada.2010, 13:55
Mijały minuty, potem godziny... aż w końcu nastał świt. Dziewczyna nadal leżała w bezruchu, Fatum siedział wysoko na drzewie i oglądał wschód słońca. Delikatna czerwień zalała niebo, jakby krew ludzi Azadiru wchłonął nieboskłon.
Gdy tylko się obudzi... żegnasz się i znikasz – powiedział do siebie rycerz. Fakt, że ktoś odkrył jego tożsamość był okropny. Nie chciał, aby ktokolwiek wiedział.
Tymczasem jaskrawe promienie padły na twarz dziewczyny, drażniąc zamknięte powieki. Obróciła się plecami w przeciwną stronę i otworzyła powoli oczy. Ziewnęła głęboko i podniosła się.
Czyżbym została sama? – rozglądnęła się nerwowo.
– Już się obudziłaś. To dobrze – dobiegło do niej z góry. Baczne spojrzenie młodego mężczyzny spoczywało dokładnie na niej. Twarz nie wyrażała uczuć, jedynie długie, falowane włosy dumnie powiewały na wietrze.
– Co ma znaczyć ta mina? – skrzywiła się w dziwnym podejrzeniu, a potem zerknęła na siebie. Jej ubranie było nieco niekompletne. Zakryła się ramionami jakby chciała się objąć.
– Zupełnie nic. Uznałem, że skoro chodzisz za mną i tym samym narażasz na niebezpieczeństwo, to jest dobry moment, żeby nasze drogi się rozeszły. Czekałem tylko na chwilę, w której się obudzisz.
– O czym ty mówisz?! – wstała gwałtownie i od razu rozbolała ją głowa. Dotknęła delikatnie tego miejsca, było opatrzone, przewinięte chustką. – Dzięki za opiekę...
– Bądźmy szczerzy: spotkaliśmy się przez przypadek. Czystym zbiegiem okoliczności była też dalsza wspólna podróż. Nie będziemy wiecznie podążać w tym samym kierunku.
– Aha – odpowiedziała krótko, od niechcenia i przebiegła wzrokiem okolicę. – Ruszaj dupsko z tego drzewa, nie jesteś wroną. Musimy się dowiedzieć, co było przyczyną tragedii – mówiąc to, nawet się za nim nie obejrzała.
– Pewnie jakieś porachunki klanów. Nie warto nic sprawdzać, nikt nie przeżył.
– Porachunki, w których maczał palce sam król? – zapytała z ironią. Czuła, że ewidentnie Fatum chciał się jej pozbyć, ale wiedziała, że nie odpuści. Prawdziwy książę. Jedynie udawała, że zapomniała. – Czysty przychód – mówiła jej głowa. – To pewnie tłumaczy te szlacheckie rysy i ciało atlety.
– Może. Nie bardzo mnie to obchodzi – zeskoczył na ziemię. – Ja stąd idę. Duchy nie powiedzą nam, co było przyczyną.
– A pozostawione ślady? Dowody? – podała następny argument, ale zauważyła, że to nic nie daje. Wreszcie szarpnęła go mocno za ramię. – Jeżeli pójdę tam sama, będziesz mieć wyrzuty do końca życia, ponieważ tam zginę! To będzie twoja wina, bo dzięki tobie tu jestem!
– Skoro natrafiłaś tu na swojego ojca, powinnaś się domyślać. Znać powody, przynajmniej mniej więcej – uciął. – Jak mówiłem, muszę się już zbierać.
– Nie znam! Gdy dowiedziałeś się, że miasto płonie, pobiegłeś tu szybko. A gdy mamy szansę odkryć, co tu się dzieje, może ocalić inne metropolie, uciekasz! To ja powinnam powiedzieć, że nie chcę tu być.
– Więc może postawię sprawę jasno. Nie chodzi mi o miasto, tylko o ciebie, głupia! Przyszedłem tu sam, a ty jak muł poszłaś za mną. Gdyby nie moja interwencja, mogłabyś tam umrzeć. Trzymaj się ode mnie z daleka, nie chcę, żebyś zginęła, bo jakaś cegła spadnie ci na głowę. Chyba jesteś na tyle inteligentna, żeby wiedzieć, że fatum to zły los? Ja jestem złym losem. Przekleństwem. Więc, do cholery, zejdź mi z oczu.
– Huh?! – osłupiała przez chwilę, przełknęła ślinę. – Więc spróbuj się mnie pozbyć! I sam jesteś głupi, palancie! – podbiegła do niego. W jednej chwili widać było, że miała ochotę go spoliczkować, ale powstrzymała się. Zamiast tego złapała go w pasie i ani śmiała puścić. – I co teraz, Eniel? – przeszyła go źrenicami.
– Sądzisz, że boję się takiej dziewczynki? Dla własnego dobra powinnaś mnie zostawić... rozejdziemy się tu i teraz, nikomu nie stanie się krzywda.
– Ty? Nie uderzysz mnie! – powiedziała sarkastycznym tonem i uśmiechnęła się.
– Masz rację. Nie mogę uderzyć kobiety. Pozbędę się ciebie w inny sposób.
Objął dłońmi jej policzki, pochylił się i wpoił w jej wargi jakby chciał wyssać z nich cały życiodajny nektar. To nie był zwykły pocałunek. Ten zdawał się obiecywać wielką miłość, namiętność i bezkresną wierność.
Dziewczyna zatrzęsła się lekko, będąc w szoku. Zamknęła oczy i rozsmakowała się. Coś skruszyło jej wytrwałe serce, promieniując od ust. Było wilgotne i ciepłe. Zatrzepotało w niej jak skrzydła motyla. Uczucie, które tkwiło w niej gdzieś skryte głęboko, wypłynęło gwałtownie. Pokazała jak bardzo tego chciała.
Nawet Fatum poczuł, że jej czułe ciało robi się gorące i nie ma zamiaru się bronić. Puściła go w pasie i przesunęła dłonie na jego pierś.
W chwili, kiedy oderwał od niej usta, nabrał powietrza w płuca i spojrzał na jej twarz pełną wyczekiwania na dalsze pieszczoty. Nie miał jednak zamiaru rozkoszować się wdziękami. Chciał tylko, aby go puściła.
– Muszę już iść – szepnął przepraszająco wprost do ucha. W następnym momencie zniknął jej sprzed oczu. Szybko i niepostrzeżenie jak leśne zwierzę.
Iluzorycznie kolorowa bańka mydlana nagle prysła. Rozgoryczenie na posmutniałej twarzy kobiety przybrało odcień szarości. Patrzała w ziemię z zażenowaniem, myśląc o samej sobie.
Przełamał ją swoim podstępem. Pracowała tak długo, aby nie poznał, że go bardzo lubi. Wielokrotnie wbrew sobie mieszała go z błotem, aby to zniszczyć. On wygrał, a co najgorsze odszedł. Opiekował się nią, pomagał, bronił ją i w końcu zniknął.
Poczuła ogromny przypływ żalu w sercu. Zgniótł jej żołądek silnym skurczem, podrażnił oczy do płakania.
To koniec – pomyślała. Nie miała siły nawet zanim krzyczeć. Jej oczy patrzyły ze zrezygnowaniem na znikającą sylwetkę.

* * *

Fatum biegł przed siebie. Wiatr uderzający o jego twarz rozwiewał długie, kasztanowe włosy. Miejsce, w którym się znajdował idealnie odzwierciedlał jego emocje. Las, w którym nie było sposobu się odnaleźć. Jeśli ktokolwiek dojrzałby kątem oka jego postać, uznałby go za ducha tej nieposkromionej dziczy.
Uciekał, choć sam nie był pewien dlaczego.
– Daleko od miasta – przez głowę przemknęła myśl. Nie do końca pamiętał swoje dzieciństwo. Przypominał sobie jednak czarny dym okalający rodzinne miasto, Allirę, duszący smród spalonych ciał i... no właśnie. Nie umiał tego nazwać. Troskę?
Przystanął. Zerknął w stronę słońca dumnie zawieszonego na niebie. Przestrzeń nadal była pozbawiona żywej barwy, dominowała szarość. Wiatr wezbrał na sile, zrywając z drzew liście, które zaczęły tańczyć wokół niego.
Rozglądając się na boki, znów dojrzał nagrobki. Kierując się w ich kierunku, zaczął czytać napisy na płytach. Obce nazwiska, daty śmierci i urodzin. Nie znał nikogo z nich, a mimo to czuł jakby byli mu bardzo bliscy. Oni wszyscy byli niewinni.

Gdzie moje serce
I lilie białe
Na ciemnym mym grobie

Demony mnie tulą
ściskają całują
Jestem jedną z nich


Gwałtownie zatrzymał się w miejscu. Znał piosenkę i głos, który ją wyśpiewywał. Dreszcze przeszły przez całe jego ciało. Początkowo dochodził z każdej strony, potem zaczął się ukierunkowywać. Jakiś impuls kazał mu skierować się w tamtym kierunku. Jako, że jego indywidualny instynkt nakazujący wkraczać tam, gdzie nie powinien, znów podyktował mu trasę, ruszył biegiem.
Głos zdawał się robić coraz wyraźniejszy. Niczym sarna przeskakiwał nagrobki, zwalone drzewa, omijał wszelkie przeszkody. Musiał dotrzeć do źródła. Nie myślał o niczym innym. Nie zwracał uwagi na mgłę, która pojawiała się w najbardziej nieodpowiednich chwilach.

Nagle mleczna kotara znikła. Stał na rynku błogosławionego miasta.
– Nie przypominam sobie, żebym biegł przy domach – obejrzał się za siebie. Dojrzał gęsto osadzone domostwa, a właściwie ich zgliszcza.
Nie mógł się tu spodziewać żywej duszy, aczkolwiek miał silne przeświadczenie, że ktoś go obserwuje i drwi z niego.
Próbował znaleźć źródło uczucia, które jeżyło włos na skórze. Chowało się gdzieś pod smrodem, popiołem całego pogorzeliska.
Powietrze w okół Fatuma zrobiło się ciężkie i złowrogie. Ktoś był tuż obok, szemrał. TO ukrywało się tuż za pękniętym, okopconym murem. Najemnik wziął się w garść i pobiegł tam bezzwłocznie, aby nakryć intruza. Pustka. Za ogrodzeniem leżały tylko stare szmaty. Dziwne, ale w tym momencie poczuł ulgę. Spokój jednak został gwałtownie przerwany, gdy jakieś wielkie łapsko złapało go za ramię.
Rycerz gotowy do obrony w odruchu wyprowadził cios.
– Hej, uspokój się, to my! – Roniri bez trudu go zablokował, a zza pleców wysokiego mnicha wyskoczył ten mniejszy, obdarzony niezwykłą mocą.
– Moglibyście się tak nie zakradać?! Zawału dostanę!
– Chciałem być bardzo delikatny – powiedział dwuznacznie Kiro i wyszczerzył zęby. – Trochę tu śmierdzi... Prawda, mały? – zakonnik złapał się za nos.
– To jest zapach zwłok...
– Mniejsza ze smrodem. Mogę wiedzieć, co tu robicie?
– Martwiliśmy się i nudziliśmy.
– Mieliście trzymać się z daleka. Ech... mniejsza z tym, słyszeliście jakiś dziwny śpiew? Szczególnie ty, Kiro.
– Nic nie słyszałem, nic nie widziałem – odpowiedział żartobliwie. – A gdzie jest Tiara? Zdradzę ci, że za tobą poszła. Chyba bała się, że odkryjesz coś i zabierzesz tylko dla siebie – mruknął z przekonaniem.
– Wiem, spotkałem ją, ale rozeszliśmy się. Uznaliśmy, że dalsza znajomość nie ma sensu. I tak prędzej czy później musiałoby do tego dojść.
– Skoro powiedziała to Tiara, może był to jednorazowy wybuch złości. Na pewno nie mówiła tego poważnie, inaczej nie poszłaby za tobą.
– Sam to zaproponowałem. Kiedy jestem w pobliżu was, krąży nad wami niebezpieczeństwo. Dla własnego dobra unikajcie mnie.

Widzę oczami duszy
Widzę Zły Los
Widzę Małżonka Przeznaczenia


Wszyscy stanęli dęba. Szczególnie Fatum wyglądał na poruszonego. Prawdopodobnie nie czuł wielkiego strachu, ale coś przełamało się w jego duszy. Niebezpieczeństwo było blisko.
– Heh, słyszeliście? Co za przyjemny głosik – zakonnik zdawał się nie zdawać sprawy z zagrożenia.
– Popieściło cię?!
– Przegniła dziewczynka to śpiewała – przyuważył mały prorok.
– Jakaś ślicznotka? Gdzie, gdzie?! – Roniri zaczął gorączkowo nasłuchiwać.
– Żadna ślicznotka, straszydło!
Jak zwykle, gdy w owym tajemniczym miejscu zaczynało dziać się coś tajemniczego, podniosła się gęsta mgła. Fatum przyzwyczajony już do tego efektu, chwycił za miecz.
– Nie powinieneś walczyć z czymś, co prawdopodobnie nie żyje – stwierdzi Rain z pełną powagą.
– Jeśli to ocali nam życie, spróbuję.
Kątem oka dojrzał jakiś ruch. Mleczna para nie była już w stanie ukryć przed nim wszystkiego. Zwrócił się w stronę potencjalnego przeciwnika.
Stanęło dziesięć kroków przed nim i przemieściło się na pięć. Chichot wydobywający się z ust nieznanej istoty był coraz wyraźniejszy. Mętny obraz wyostrzył się znacznie. To było małe dziewczę, o brązowych włosach i oczach. Kilkulatka miała na sobie podartą sukienkę, a jej dłonie i stopy były wyraźnie poparzone wręcz spalone. Jej widok sprawiał przykrość obserwującym.
Ona sama zaś patrzyła na nich z przerażeniem.
– Gdzie moja braciszek? Umarł?
– Nie spotkaliśmy tu nikogo poza tobą z żywych osób... – odparł Fatum, chwytając Raina za rękę.
Zbliżyła się chwiejnym krokiem z uśmiechem na twarzy, wywołującym raczej grozę niż pozytywne odczucie.
– Gdzie jest moja siostra? Umarła? – wzniosła źrenice ku niemu. Były puste, bez blasku i tępo patrzyły w jeden punkt.
– A ty, skąd się tu wzięłaś? – zapytał Rain.
– Mieszkam tutaj... – odpowiedziała piskliwym głosem i chwyciła Fatuma za rękaw.
– Czemu zostawiłeś swoich braciszków, żeby umarli?! – szarpnęła go silnie. – Oni nie chcieli zginąć – jej głos zdawał się bulgotać, zupełnie jakby dusiła się wodą.
Nagle z jej ust zaczęła wyciekać kleista, brunatna maź. Gdy istota poruszała wargami, ciecz niemal zatykała jej usta, tworząc pęcherze powietrza.

Gdzie moje serce
I lilie białe
Na ciemnym mym grobie.

Zaśpiewała znów. Oko wpatrujące się w najemnika, tak bardzo chciało się mu przypatrzeć, że zaczęło wychodzić z oczodołu, aż zawisło na naczyniach krwionośnych. – Enielu, nie zostawiaj nas – syknęła kilkoma zniekształconymi dźwiękami.
– Powinnaś nie żyć! – chwycił za swój miecz i jednym, zdecydowanym ruchem odciął jej palec. Ona nadal patrzyła na niego, jakby nie zdawała sobie sprawy, że brakuje jakiegoś członka.
Rycerz pierwszy raz w życiu poczuł, że naprawdę się boi. Chwycił Raina jak zabawkę i uskoczył w bok, by następnie rzucić się pędem i nieznanym sobie kierunku
– Kiro, uciekaj, jeśli ci życie miłe!
Mnich tym razem posłuchał rady, zaczął biec na oślep, akurat w przeciwnym kierunku niż reszta.
Fatum zaś miał wrażenie, że widmo skupiło się tylko na nich. Oddech, który nie wróżył nic dobrego był tuż za nim, a słowa piosenki dziecka dobiegały zewsząd.






019. Eniel Areo

czwartek, 4.listopada.2010, 19:42
– No proszę, kogo ja tu widzę – męski głos zahuczał tuż nad nią.
Wstała ostrożnie. Zadrżała. Wydawało się jej, że zna ten ton. Obróciła się powoli. Wielka, goryla łapa złapała ją za szyję i rzuciła o ścianę.
– T... t... tato? – ze strachem poznała napastnika.
Nie zmienił się przez tyle lat. Blizna na policzku zdawała się tylko bardziej czarna, a włosy bardziej siwe. Swoim wyglądem zawsze wzbudzał respekt.
– Tiara, moja mała córeczka. Tak wyrosłaś. Teraz przypominasz matkę... – uśmiechnął się złowrogo.
Jego oczy planowały mord. Bez trudu można było to odczytać w skrzących się źrenicach.
– Co tutaj robisz?! – w głowie młódki przeleciała właśnie cała przeszłość.
Agresja rodzica, krzyki, potłuczone butelki, zranione głowy, nogi i brzuchy. Trwoga jej i rodzeństwa.
– Kto ci pozwolił upodabniać się do matki?! – złapał za fioletowy strój i zaczął drzeć, aż pozostawił strzępy.
– Przestań! – wykrzyknęła z łzami, ale nie broniła się.
– To przez was ona nie żyje! Porzuciliście mnie! – wymierzył jej silny policzek.
Padła na podłogę. Koszmar z dzieciństwa wrócił i teraz stał tuż przed nią z zaciśniętymi pięściami.
– Przepraszam, tato! – łkała, skrywając w dłoniach twarz.
– Już za późno. Skończysz jak twój brat. Poślę cię prosto do piekła, Słoneczko – nachylił się.
Jego twarz była wykrzywiona w demonicznym uśmiechu.
– Co zrobiłeś mojemu...? – zaczęła dławić się łzami więc już nie mogła nic więcej wyjąkać.
Nawet nie była w stanie się ruszyć. Czuła jakby umierała. Rosły i krzepki mężczyzna w średnim wieku znów uchwycił za szyję.
– Nigdy! – podniósł jej głowę dwadzieścia centymetrów ponad podłogę i zdzielił.
– Już! – ponowił uderzenie, znowu wznosząc.
– Mnie! – trzeci walnięcie. Głowa Tiary zaszła krwią od tyłu. Jej samej wydawało się, że już nie czuje bólu. Chciała tylko w głębi serca, żeby bóg skrócił jej katorgę.
– Nie opuścisz! – czwarty cios o podłoże. Bordowa kałuża zaczęła już chlapać na boki.
– Syvis! – przy piątym ciosie przez usta agresora przeszło imię matki Tiary. Zupełnie, jakby zaczął mylić obie kobiety.
– Ty opuścisz ją – okolicę przedarł mocny męski głos, a zaraz po tym huk solidnej belki uderzonej o potylicę napastnika. – Miałaś za mną nie iść – oskarżył niewiastę, lecz nie liczył na odpowiedź.
Korzystając z chwili, w której nieprzyjaciel chwiał się na lekko zgiętych nogach, chwycił Tiarę i wybiegł z domu.
Zniknął z oczu wśród gęstej mgły. Zatrzymał sobie dopiero w chwili, kiedy miał pewność, że jakkolwiek niebezpieczny jest przeciwnik, nie zdoła ich odnaleźć.
Usadowił Tiarę na kamiennej płycie nagrobnej. Szarpnięciem oderwał gruby rzemyk od pasa, na którym trzymał bukłak z wodą. Odkorkował butelkę i polał jej głowę.
– Tym razem się stąd nie ruszaj – paroma nerwowymi ruchami ściągnął z siebie płaszcz i położył za nią, po czym skłonił ją, by się położyła. – Niedługo wrócę.

* * *

Odór krwi był wszędzie. Fatum stanął pomiędzy domostwami. Nie pamiętał już, gdzie znajdował się właściwy dworek. Znalazł go jedynie dzięki krzykom. Teraz jednak musiał odszukać przeciwnika ponownie i rozprawić się z nim na dobre.
Rozwścieczony mężczyzna tymczasem chwytał, co miał pod ręką i ciskał w furii.
– Gdzie jesteś!? Kto śmiał!? – zaczął wrzeszczeć. Nie wiedział, dlaczego runął na podłoże. Przypomniało mu się tylko uderzenie. Musiała być jakaś trzecia osoba.
Ojciec Tiary zamoczył swoją dłoń w plamie krwi i szaleńczo się roześmiał.
– Było tak blisko – wsadził sobie palce do ust, aby skosztować czerwieni. Żelazny posmak wzbudził w nim jakieś podniecenie. Po chwili podniósł się i zaczął się rozglądać za przeciwnikiem.
Trzymając rękojeść miecza, rycerz przedzierał się przez miasto. Mgła stanowiła obecnie największą przeszkodę, ale młodzian czuł, że odnajdzie obcego mężczyznę. Widział go tylko przez chwilę, ale zdążył wywnioskować, że ma siłę byka.
Kolejne minuty nie przynosiły skutku. W końcu jednak, coś kazało mu spojrzeć w prawo. Spomiędzy mlecznej osłony wychodziła jakaś postać.
– No proszę. Syvis mnie zdradza z jakimś cholernym ciulem. Kim jesteś?! – zagrzmiał.
Fatumowi od razu rzucił się w oczy jego strój. Zbroja należała do wojskowych z królewskiej świty.
Musiał pracować dla samego króla. Mężczyzna był barczysty, wyglądał na łajdaka z samej twarzy.
Wyciągnął duży miecz, gotów do ataku.
– Fatum Eniel – młodzian spojrzał przeciwnikowi w oczy. – Jeśli podniosłeś rękę na mężczyznę, powinna czekać cię kara. W chwili, kiedy twoją ofiarą była kobieta, śmierć. Taki właśnie wyrok zamierzam ci wydać – ostrze obosiecznego miecza wysunęło się z pochwy. – To ty stoisz za podpaleniem?
– Co? Strasznie się boję – wybuchł śmiechem. – Ja i mój oddział wyrżnęliśmy wszystkich po kolei, jednego po drugim. Kobiety, dzieci... – zaczął wymieniać bez wyrzutów sumienia. – Dokąd zabrałeś moją kochaną dziewczynkę? – spytał z fałszywą troską. – Nie lubię, jak ktoś wtrąca się do moich spraw rodzinnych – oblizał długim językiem ostrze swojego oręża.
– Zamiast próbować mnie nastraszyć, stań do walki! – wyciągnął miecz przed siebie, mierząc w przeciwnika.
– Córeczko! Tatuś po ciebie idzie! – oznajmił głośno i od razu przeszedł do ofensywy. Sprawiał wrażenie dzikiego nosorożca, który skupiony, ciągnąc w biegu nogę za nogą, wywoływał potwornie głośny tupot. Wykonał poziome cięcie, mimo wieku był niebywale szybki.
– Zamorduję cię! – zapowiedział.
Bystry rycerz jednak sprawnie omijał styku z klingą, co jeszcze bardziej zirytowało napastnika.
– Nigdy jej nie odnajdziesz! – Fatum głowicą miecza wymierzył cios w policzek przeciwnika, wybijając mu parę zębów.
Żołnierz królewski przykucnął na ziemi i złapał się za szczękę.
– Zapłacisz za to – powiedział pod nosem.
Złapał raptownie garść pisaku i sypnął rycerzowi w oczy. Ten zupełnie się tego nie spodziewał. Zdążył tylko ustawić się w obronie bokiem, aby minimalnie uniknąć ciosu. Metaliczny chłód przebiegł po plecach młodzieńca. Po chwili uczucie lodu zamieniło się w ogień i wywołało pieczenie..
– No proszę... – głęboki bas odezwał się zza jego tyłu. – Moja mała zadaje się z księciem. A to ci niespodzianka. Nasz władca bardzo się ucieszy – powiedział obserwując znak, który wyłonił się, gdy ojciec Tiary rozciął ubranie. – W takim razie nic tu po mnie. Jeszcze się spotkamy, Enielu Areo.

* * *

Fatum po długich poszukiwaniach w końcu odnalazł drogę do Tiary. Nadal leżała na grobowcu, lekko skulona. Krwawienie nie było już tak silne. Trzymając podartą koszulę w dłoni, podszedł do dziewczyny i ukląkł przy niej. Początkowo obawiał się, że wykrwawiła się i jego pomoc nadeszła za późno. Na szczęście zerknęła na niego spod lekko przymrużonych powiek.
– Lepiej się czujesz?
– To nie był sen, prawda? Zniszczył mi pamiątkę – rozpłakała się.
Ubranie było w strzępkach, ale nie była to odpowiednia chwila, żeby spojrzeć na nią jak na kobietę. Teraz była ofiarą, nie mogła więc wywoływać zaczerwienienia na policzkach.
– To jest teraz najmniej ważne. Nie sądzę, żeby było tu kogo ratować, musimy się stąd wydostać. Dasz radę wstać? Albo chociaż mocno się trzymać? Poniosę cię na plecach.
Usiadła ledwo i dygoczącą dłonią złapała się za tył głowy.
– Trochę się kręci...
– Opatrzymy to w bardziej przystępnym środowisku – odwrócił się do niej tyłem i uklęknął.
Złapała go delikatnie za kark i przymocowała się nogami. Teraz mogli już się poruszać.
Fatum sprawiał wrażenie jakby nie był zmęczony, szybkim krokiem szedł przed siebie, nieraz przyspieszał biegiem. Niewiastę zaś nużyło, czuła się trochę otępiała i widziała tylko to, co miała tuż przed oczami. Wcześniej nie zwracała na nic uwagi, po prostu położyła swoją głowę na jego plecach. Po chwili najemnik wyczuł, że jej dłoń wodzi z zainteresowaniem w miejscu, gdzie znajduje się jego specyficzny tatuaż przedstawiający głowę ryczącego lwa.
– Długo to masz? – zapytała.
– Jakiś czas... powinnaś odpocząć, zamiast zajmować się głupotami... – przyśpieszył bardziej.
– Jeśli zasnę to umrę. Słyszałam o tym – przytuliła się mocno. – Czemu malunek przedstawia głowę ryczącego lwa? Jesteś treserem zwierząt? – próbowała zażartować.
– Po prostu... lubię lwy. Nie myśl teraz o tym.
Mgła zaczęła rzednąć. Rycerz usadowił dziewczynę na pniu powalonego drzewa.
– Mam jeszcze jeden bukłak z wodą. Przemyję ci twarz, nie ruszaj się.
Najpierw przeczyścił swoje dłonie, po czym zaczął delikatnie przecierać twarz dziewczyny, wysuszając swoją koszulą, która nie nadawała się już do niczego innego.
– Nie lubisz mnie, Enielu...? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, dodała: – ukrywasz, że jesteś szlachcicem. Takie tatuaże są jedyne w swoim rodzaju, nie do podrobienia. Herby zarezerwowane wyłącznie dla rodziny królewskiej – zaskoczyła go swoją wiedzą i mimo że głowa huśtała się jej lekko na strony, jakby zaraz miała zasnąć, mówiła całkiem płynnie.
– To było dawno i nieprawda. Pochodzenie wcale nie jest takie ważne. Zaśnij, a obudzę cię za parę godzin. Sen jest najlepszym lekarstwem.
– Pochodzenia się nie wyprzesz. Nie zamilknę dopóki mi nie powiesz – ciągnęła uparcie swoje. – Albo wiesz... – złapała go za ramiona i momentalnie zemdlała.






018. Jedyna, która przeżyła

czwartek, 4.listopada.2010, 19:40
Czas szybko upływał...
W najbliższym mieście Fatum oddał rzezimieszków w ręce sprawiedliwości. Okazało się, że byli poszukiwani, dlatego też zadowolenie z zarobionych pieniędzy wielokrotnie większe...
Jeśli chodzi o Kiro, miał szczęście. Tiara naprawdę chciała go wymienić na worek monet, poszli jednak na układ. Nie było konia, a nogi wędrującego z nimi chłopca szybko odmawiały posłuszeństwa. Mnich musiał więc "chętnie" udostępniać swoje plecy, robiąc za barana.

Dwa dni w mieście nie przyniosły nic nowego, może tylko standardowe, siarczyste kłótnie między rycerzem, a złodziejką.
Powody na ogół błahe, urastały do rozmiarów wojny. W karczmach piło się lub wysłuchiwało plotek. Pojedyncze i głośne, najczęściej powodowane dużą ilością alkoholu, okazywały się stekiem bzdur. Te głoszone przez kobiety zdawały się zawsze nieco przekoloryzowane.
Te, które się powtarzały w kilku miejscach, można było uznać za możliwe. Natomiast te, które były tak ciche, że mogło je dosłyszeć jedynie czujne ucho Roniriego, grupa uznawała za wysoce prawdopodobne.

* * *

– Myślicie, że to prawda, że król zawita w Azadir incognito? – zapytała, idąc przed siebie.
Tak głosiła ostatnia pogłoska. Sam władca Illionu miał anonimowo pojawić się w mieście, o wdzięcznej nazwie Azadir. Aglomeracja ta słynęła z przepięknej świątynnej budowli ku czci boga Solarisa. Mekka wszystkich wierzących. Miejsce cudów, uzdrowień i dziwnych zdarzeń.
– Mówię ci, że wiem co słyszałem. Ciekawe, czego tam szuka? – potwierdził mnich.
– Z tego będzie gruba afera. A ja zmierzam się obłowić – Tiara zatarła ręce. Ich tułaczka ciągnęła się już piąty dzień. Patrząc w tył, minęło niezwykle szybko. Obrali dobry kierunek, ścieżka była im nieznana.
– Chciałabym już dojść do jakiegoś miasta.
– Zastanawia mnie, co niby król naszego państwa miałby robić tak daleko od stolicy i to w takim miejscu. Raczej nie po to, żeby się pomodlić, jak sądzę – mruknął namiestnik, trzymając pod rękę Raina, zupełnie jakby był jego ojcem lub starszym bratem.
– Może powinniśmy tam pójść i się przekonać? – wtrąciła mała wyrocznia.
– O ile się nie mylę, ty powinieneś już dawno wrócić do klasztoru – wtrąciła Tiara. – Nie wspomnę również kto powiedział, cytuję: "Potknie się o kamień i stłucze kolanko"...
– Jak na razie nie stłukł kolanka.
– Przydam się wam,obiecuję!
– Do tej pory stwarzasz jedynie problemy z tym twoim wegetarianizmem, młody.
– I nie przepowiedziałeś mi nic konkretnego! Żadnego księcia z bajki i fortuny! – parsknęła Tiara. – Jesteś balastem i nikt cię nie kocha! – dopiekła mu.
– Ej, ja go lubię... – napomknął niewidomy mnich.
– Zamknij dziób – rozkazała. – Ciebie tez możemy oddać. Koledzy w celi czekają.
– Ale ja prawie w ogóle ich nie znam – wyraził skruchę.
– Ale, ale... – chłopiec wyglądał, jakby miał się zaraz rozpłakać.
– Spokojnie, Rain – Fatum wziął chłopaka na barana. – Jej tym bardziej nikt nie kocha. A jeśli o mnie chodzi, zaczynam cię lubić.
– Fatum, a jednak jesteś bezczelny! – uderzyła go w ramię. – Zaadoptuj sobie swojego bobasa! Nienawidzę cię i wcale was nie potrzebuję! Dalej idę sama! – wybiegła na przód piaszczystej drogi. Po dziesięciu metrach zatrzymała się w kompletnym osłupieniu. – Coś tam leży! – obróciła się na towarzyszy i wyrwała znowu przed siebie.
– Super, teraz dziewczyna będzie się podniecać rzeczami znalezionymi na ziemi – rycerz przewrócił oczami i przyśpieszył kroku.
Nie był to jednak przedmiot, a osoba. Jasnowłosa kobieta. Leżała zwinięta nieruchomo, ubrudzona błotem. Śmierdziała dymem, jej ciało było pokaleczone i poparzone. Bezsilna i nieprzytomna. Mogła mieć około trzydzieści lat.
– Jest martwa? – Tiara zamarła.
– Mam nadzieję, że nie – Fatum ukląkł, puszczając proroka.
Chłopiec usadowił się po przeciwnej stronie kobiety.
– Żyje, czuję puls – rycerz ostrożnie podniósł nieznajomą na ręce. – Trzeba podać jej wodę...
Roniri bez słowa podał bukłak z płynem. Wszyscy przysiedli na polanie nieopodal, czekając, aż ranna podniesie powieki. Chłopiec wraz czarnowłosą opatrywali ją w międzyczasie .
W końcu ocknęła się, wyglądała na zatrwożoną.
– Miasto płonie – oznajmiła cichym, stłumionym głosem pełnym zmęczenia.
– Jakie miasto – rycerz pochylił się nad rozmówczynią.
Wtedy też ona chwyciła go za pukiel włosów i przeczesała go palcami.
– Azadir.
Tiara aż podskoczyła na sam widok.
– Co się stało? Co tu robisz?
– Udało mi się uciec. Ale oni wszyscy tam umierają...
W czasie, kiedy dorośli zajmowali się pokrzywdzoną, chłopiec bacznie przyglądał się nieznajomej. Wiedział, że już ją widział. Niekoniecznie w klasztorze, ale jednak. W jednej z ostatnich wizji.
Jedyna, która przeżyła – powiedział do siebie. Cicho, niemal niesłyszalnie.
– Dlaczego was zaatakowali? Czy to ma jakiś związek z królem? – dziewczyna pytała, póki tamta miała siłę odpowiadać.
Kobieta westchnęła głęboko i przymknęła powieki.
– Straciła przytomność. Ktoś powinien tu z nią zostać, ja pójdę do Azadiru – Fatum wstał i spojrzał przed siebie.
– Zwariowałeś! – rzuciła od razu Tiara.
– Nie wiemy, co tam się dzieje. To ryzykowne. Jej też nie można zostawić bez ochrony. Może ktoś ją ściga – zakonnik choć raz, o dziwo, był poważny.
– Ja i tak nie mam nic do stracenia. Poza tym ogień nie zrobi mi krzywdy. Dlatego tam idę.
– Huh... – niewiasta obróciła się za nim. Tam dokąd szedł, na tle nieba rysował się czarny dym. Można było sobie tylko wyobrazić, ile istnień pochłonął.
– Kiro przypilnujesz chłopaka i tą kobietę. Ja tez tam pójdę – szepnęła cicho.
– Chcesz się narażać, żeby pomóc innym? Nie wiedziałem, że masz serce.
– Nie jestem w stanie nic zrobić – pokiwała głową. – Może wyda się to okrutne, ale chaos jest rajem dla złodzieja. Poza tym muszę przypilnować tego idiotę, żeby przy okazji ratowania innych, nie uśmiercił siebie. Poczekam, aż się oddali – położyła swoją żmiję na ziemię.

* * *

Miasto, do którego zmierzał Fatum, spowijała mgła i opadający dym.
Wkrótce i on stał się częścią tego krajobrazu. Był prawie niewidoczny dla obcych, którzy nie dostrzegali nic poza brudną. ponurą szarością okalającą teren.
Zapach spalenizny nieprzyjemnie drażnił jego nozdrza, oczy zachodziły łzami przez trujące opary. Rękawem przesłonił większą część twarzy, by choć trochę przefiltrować powietrze docierające do płuc.
Gród może i kiedyś był piękny, lecz bystre oko, nawet pomimo gęstej mgły dostrzegało zarysy kamiennych grobowców między drzewami, które zapewne nie wyrosły tam z dnia na dzień. Cmentarzysko okalało to miejsce.
Jeśli jeszcze zobaczę jakiegoś martwego dzieciaka, śpiewającego durne, makabryczne piosenki, chyba zawrócę – powiedział do siebie, choć w duchu wiedział, że nie mógłby się wycofać. Między zgliszczami mogli chronić się ludzie.
Musiał ich odnaleźć.

* * *

W tym samym czasie Tiara zaszła od innej strony aglomeracji. Tu było więcej budowli, żadna w dobrym stanie, jakby ktoś specjalnie chciał wszystko obrócić w pył. Ukryć coś.
– Nie wiem, co tu się dzieje... Fatum gdzieś mi zniknął – pomyślała dziewczyna.
Szła wzdłuż ścian, aby nikt nie mógł jej zauważyć, mimo iż była pewna, że już nikogo żywego tutaj nie zastanie. Jednak instynkt kazał zachować ostrożność.
– Nic tu po mnie. Miasto jest puste. Martwe. Co za fetor – kontynuowała rozmowę ze sobą i zakryła nos. – Może chociaż znajdę coś wartościowego po mieszkańcach.
Na drodze Tiary wyrosły mury dużego domu, osmalił je ogień, który szalał na zewnątrz.
Zarysy zdobionych rzeźb i ozdób rozrzucone kawałkami dookoła świadczyły, że musiał mieszkać tam jakiś bogaty człowiek.
Mur był zniszczony, dziura pozwalała wejść obcym.
Dobra nasza – dziewczyna ostrożnie zaglądnęła do środka. Pomieszczenia były zdewastowane. Otwierała połamane szafki, drzwiczki meblowe.
Cholera puste! Ktoś mnie ubiegł – uświadomiła sobie, grzebiąc w kolejnej skrytce. – Bezwartościowe szmaty, sztućce... – wyliczała w zdenerwowaniu to, co widziała.
Teraz pochylała się nad przewalonym biurkiem. Skupiła swój cały umysł, a mimo to nie usłyszała skrzypiącej podłogi. Poczuła za to, że ktoś stał tuż za nią.






017. Problemy

czwartek, 4.listopada.2010, 19:38
O świcie opuścili klasztorną twierdzę.
Słowo Raina było święte, toteż mnisi nie dyskutowali z jego postanowieniem. Tiara i Fatum po cichu zapewniali, że ten kaprys najpewniej długo nie potrwa.
Dzień zapowiadał się nadzwyczaj pozytywnie. Dziewczyna cichutko podśpiewywała, o dziwo nie drażniąc ucha kompanów. Jej głos wydawał się nawet przyjemny. Fatum pomyślał, że mógłby ją wreszcie w choć po części zaakceptować, gdyż w takim wydaniu wydawała się zjadliwa. Coś jednak mu przeszkadzało.
Pierwsze, to fałszujące brzdęki worka zarzuconego na plecach kobiety.
Mógł się tylko domyślać, co tam skrywała. Na początku twierdziła, że to jedzenie na drogę. Kłamstwo jednak ma krótkie nogi. Nie mając nic na swoje usprawiedliwienie, w końcu przyznała, że: "przecież nie odejdzie z pustymi rękoma".
Drugie – wstrętna, oślizgła i posykująca żmija Abraxis, która owinęła luźno szyję Tiary.
Spacer bez wyraźnego celu kierował idących prosto przed siebie, poprzez dziewicze lasy i słoneczne polany, pachnące świeżym zielskiem.
Rain i Tiara nie potrzebowali dużo czasu żeby zrozumieć, że z Fatumem trudno nawiązać rozmowę. Zazwyczaj jego odpowiedzi urywały się na pojedynczym słowie lub pomruku.
– On żyje we własnym świecie... – dziesięciolatek uśmiechnął się szeroko do kobiety.
Razem z nią siedział na koniu, rycerz szedł obok i prowadził zwierzę.
– A ja myślę, że nas obraża w taki sposób.
– Nie sądzę. Prawda, Fatum?
Brak odpowiedzi.
– Hej, o czym myślisz? – chłopiec szturchnął namiestnika.
– O tym, czy dobrze robimy, zabierając cię. Prawie nic ze sobą nie wziąłeś, tylko dodatkowy płaszcz na wypadek deszczu.
– Wy nie macie prawie nic, a jednak podróżujecie...
– Mówcie za siebie – dziewczyna wyniośle uniosła głowę.
– Słyszałem, że wszystko co skradnie się z klasztoru, staje się przeklęte.
– Zobaczymy. Jeśli zjedzą ją larwy będzie to znaczyło, że masz rację, mały.
– Ty perfidny, parszywy... – zaczęła Tiara.
To było dość typowe z jej strony. Kiedy ktoś się z nią drażnił, zwykle traktowała go określeniem poprzedzonym jednym lub kilkoma przymiotnikami.
Było to niczym łańcuszek – epitet lub kilka i trzy sekundowe nabranie powietrza jakby zastanawiała się, jaki rzeczownik dorzucić.
Zwykle się nie powtarzała, znieważając mężczyznę synonimami tego samego słowa. Tak czy owak, Fatum już się do tego przyzwyczaił.
Najemnik policzył w myślach.
– Raz, dwa, trzy...
– Nieudaczniku – wreszcie skończyła, pokazując język.
– Nie pokazuj języka, bo ci...
– Rain, jeśli chcesz ze mną podróżować, nie zniżaj się do jej poziomu i przemilcz. Poza tym jesteś już za duży na takie rymowanki. Zamiast tego mów, jeśli będziesz głodny.
– Dobrze. Chcę coś zjeść.
Rycerz niespodziewanie poczuł, że coś lekkiego uderzyło go w tył głowy, nie robiąc mu krzywdy.
– Zabiję cię! Nie będę znów moczyć się w jeziorze! – kobieta splotła ręce.
– To ja obiecałem zająć się dzieckiem, więc jego wyżywienie leży na moich barkach. Nie zaprzątaj sobie tym głowy. Zatrzymamy się na polanie, pójdę do lasu, a ty oddasz się temu, co umiesz najlepiej – nie robieniu nic.
– Błazen! – fuknęła, szukając czegoś w torbie.
Kiedy dekoracyjny kielich znalazł się w jej rękach, cisnęła nim w Fatuma.
– Palant! – tym razem pofrunął świecznik. – Osioł! – zaczęła po kolei wyrzucać skarby.
Być może wyglądało to poważnie, ale nie trafiła ani razu. Rain uśmiechnął się na widok zamieszania, a Fatum wywnioskował, że słownik Tiary wzbogacił się o całkiem nowe, ciekawe pozycje.

* * *

Kwiaty w pełnym rozkwicie zdawały uśmiechać się do słońca. Trawa była tak wysoka, że gdyby Rain tylko chciał, mógłby zniknąć wśród gęstej zieleni, tym bardziej, kiedy nosił szatę w tym właśnie kolorze
Fatum poczekał, aż naburmuszona panna zejdzie z wierzchowca, po czym chwycił chłopaka i postawił go bezpiecznie na ziemi. Z końskiego grzbietu ściągnął gruby, ciepły koc, który następnie rozłożył na trawie.
– Poczekasz tu i nie ruszysz się nawet o krok, dobrze? – podał mu swój bukłak z wodą. – Jeśli wrócę i ciebie tu nie będzie, po prostu pójdę dalej – oświadczył twardo. – Chyba najpierw zacząłbym wyrywać sobie włosy z głowy...
– W porządku. Też idę – zakomunikowała i zaczęła ściągać swój wierzchni strój.
Oboje spojrzeli na nią ze zdziwieniem, co tak właściwie zamierza. Tiara stanęła przed nimi w tej samej białej sukience, w której łapała ryby. Znów nie wyglądała jak prosta złodziejka.
– Na co się gapisz? – parsknęła do rycerza i upięła włosy w koński ogon, przewiązując kokardą.
– Po prostu wymknęło ci się parę kosmków włosów. Ale chciałbym się zapytać, jeśli oczywiście można, zamierzasz dbać teraz o urodę czy o żołądek?
– Będą mi przeszkadzać i ograniczać widoczność – uzasadniła i ruszyła w kierunku lasu.
– Mierząc w tą stronę, zamień sukienkę na spodnie i wtedy już wszystko będzie w porządku – podążył za nią.

* * *

Ich łup liczył sobie cztery sztuki dorodnych królików. Każde zwierzątko z poderżniętym malutkim gardełkiem, miało splamione krwią futerko.
Gdy wkraczali na polanę, Tiara przeskoczyła przed Fatuma.
– Czemu wreszcie nie przyznasz, że wyglądam w tym uroczo? – poprawiła dekolt nieco przybrudzonej kiecki. – Poza tym, gdyby ta piękna dziewczyna nie spadła z drzewa... – wskazała z pełną pychą na siebie – nigdy byś nie zauważył tej króliczej nory! – przypomniała o szczęśliwym przypadku.
– Ta "piękna dziewczyna" powinna schudnąć, skoro jej tyłek zaklinował się w tej dziurze. Zamiast chwytać króliki, musiałem rozkopywać ziemię, żeby cię uwolnić. Przez ciebie zeszło nam o dwa razy dłużej niż powinno.
– Nienawidzę cię! – ścisnęła pięści.
Nie odzywała się już wcale, dopóki nie doszło do niej, że nie dostrzega Raina. Miejsce, w którym się znajdował, powinien wskazywać koński łeb. Klaczy jednak również nie było.
– Widzisz go?
– Raaain! Pójdziemy bez ciebie!
– Tutaj! – spod kęp trawy wyrosła mała, chłopięca dłoń.
– Problem dzieciaka rozwiązany, ale gdzie koń...
Po zwierzęciu nie było nawet śladu, ale dziesięciolatek siedział grzecznie na kocu. W dodatku zzieleniał, kiedy zobaczył, co dorośli trzymają w dłoniach.
– Hej, młokosie! Zobacz, jaki mamy talent, dziś będzie biesiada! …Źle się czujesz? – przyuważyła kiepską minę jasnowidza.
– Zabiliście króliczki! – w jednej chwili młody prorok rozpłakał się rzewnie.
– No ale tak wygląda mięso przed podaniem na talerzu!
– Nie jem mięsa! To morderstwo!
Mam ochotę poprzeklinać, ale nie mogę tego robić przy dziecku... – prychnął do siebie namiestnik.
– Jak to? Nie zjesz z nami?
– Nie chcę! Nie będę tego jadł! – skrył twarz w dłoniach.
– No daj spokój, to jest o wiele pożywniejsze, niż jakieś jagódki albo ryż. Poza tym, jak dojdziemy do najbliższego miasta, oddamy skóry królików do kuśnierza i będziesz mieć ciepłą czapkę.
– Ale ja nie chcę!
– Fatum, jak mogłeś się nie dowiedzieć, co je twoja latorośl! – Tiara od razu przypisała mu winę. – Przez ciebie musimy znowu pełzać do tego lasu! W ogóle, gdzie jest klaczka?! Nogi mnie bolą!
– Przyszło paru miłych panów i powiedziało, że chcieliby pożyczyć.
– I ty się zgodziłeś?!
– Dali mi taką ładną, srebrną monetę – wyciągnął dłoń i pokazał swojemu opiekunowi.
– To jest główka od łyżki...
– Aaaaa! Że co!? – dziewczyna złapała się za głowę w rozpaczy. – Ty mały smarku! Wracasz do domu! – złapała go za kołnierz i lekko potrzęsła. – Mój koń, mój koń... – jęknęła pod nosem.
– Odszukamy konia, zostaw dzieciaka... zjemy i go poszukamy. Pewnie ktoś go potrzebował do zepchnięcia drzewa z drogi albo czegoś w tym stylu...
– Sugerujesz, że byli uczciwi...?
– Też w to nie wierzę, ale dzieciak chciał dobrze. Zajmij się królikami, ja poszukam jakichś jagód i może natrafię na konia.

* * *

Mimo wielu chęci Fatum nie odnalazł zaginionego zwierzęcia. Zamiast tego znalazły się jagody, grzyby i podkorze.

Słońce zaczęło znikać za horyzontem, mały wróżbita szybko przysnął, zmęczony wędrówką po lesie.
– Gdybym wiedziała, że takie przykrości spotkają mnie w drodze... – westchnęła głęboko Tiara, piorąc swoją kreację, która ucierpiała podczas polowania. – I jeszcze ten mały gówniarz wrzucił moje jedzenie do ogniska, żeby „wyprawić królikom uświęcony pogrzeb”... Jestem taka głodna...
Najemnik przyglądał się bacznie temu, co robi, jednocześnie kontrolując nerwowo otoczenie.
– Nie musisz się tak spinać. Zostawiłam go z Abraxisem, nic mu nie grozi. Jutro wracamy do klasztoru i oddajemy tego diabła – pokiwała porozumiewawczo głową, zerkając na rycerza. – Poza tym, sama bym tu nie trafiła, musiałeś mnie zaprowadzić pod samo jezioro.
– To mimo wszystko dziecko. Nie powinniśmy zostawiać go samego, ostatnio sprzedał konia za łyżkę, ciekawe za co sprzeda węża, złamaną gałąź?
– Bardzo śmieszne. Przestań mnie wkurzać! – stanęła na równe nogi. – Nie znoszę cię!
Nagle podbiegła i pchnęła go w stronę wody, a on niefortunnie pociągnął ją za sobą.
On wyłonił się spod powierzchni jako pierwszy. Złapał ją w pasie i pociągnął ku sobie.
W świetle księżyca wyglądali jak namiętni kochankowie w czasie miłosnych uniesień.
– Nikt ci nie każe mnie lubić – oświadczył, odgarniając kosmyki włosów z twarzy Tiary.
Nie dość, że jego niebieskie oczy magnetycznie przyciągnęły jej spojrzenie, to dotyk już dogłębnie sparaliżował. Czuła się zniewolona. Oczarowana silnymi ramionami, które delikatnie ją trzymały, rytmicznym oddechem, który padał na skórę.
Choć raz wydawał się ciepły, nawet gdy woda w okół nich była bardzo zimna.
Dałaby głowę, że mężczyzna słyszy, jak wali jej struchlałe serce. Poczerwieniałe policzki, niewidoczne w tym mroku, rozpaliły się niczym płomień.
To była tylko chwila, złapała go za ramiona, chcąc wspiąć się do jego ust. Coś kazało jej to zrobić. W ostatniej jednak sekundzie pohamowała się gwałtownie. Odepchnęła szybko dłonią jego czoło od siebie.
– Nie dotykaj mnie, głupku!
Obawiała się, że gdyby to się stało, Fatum miałby pożywkę, żeby z niej drwić.
– Bawi się mną, przebrzydła świnia – pomyślała.
– Chciałem ci tylko pomóc, żebyś się nie utopiła... jesteś strasznie nieuprzejma – postawił ją na pewnym gruncie i wyszedł z wody, w pełni urażony.
Położyła dłonie na dekolcie, piersi szybko unosiły się i opadały. Łapała oddechy.
Sylwetkę podkreślało granatowe niebo, ozdabiając tło srebrnymi klejnotami, tworząc magiczne konstelacje. Nie spuszczała z niego wzroku. Chciała wyglądać groźnie... aby móc się ochronić. Posłać mu coś, co odbierze za pogardę.
– Widzisz, co narobiłeś, idioto?! Chyba nie myślisz, że taki pieprzony laluś mi zaimponuje swoją dobrocią?! Zapomniałeś? Potrzebny mi tylko jeleń, który mnie obroni, rozumiesz?!
Odwróciła się do niego plecami, aby jej nie widział.
To co musiała powiedzieć, zabolało ją bardzo mocno. Nawet nie wiedział, jak. Gdyby teraz mógł spojrzeć na nią wiedziałby, że po cichu jej oczy płaczą, a łzy uciekają po brodzie prosto na piasek.
– Mam w głębokim poważaniu imponowanie innym. Jeśli chcesz jelenia, szukaj innego. Nie ciebie obiecałem chronić. Pomogłem ci raz, pomógłbym i potem, bo nie jestem pieprzonym dupkiem. Ale nic nie przysięgałem. Jestem pewny, że jesteś po prostu smarkulą, która uważa się za damulkę, przed którą będą padać mężczyźni. Dorośnij, a potem możemy rozmawiać.
– Czujesz? – tym razem była delikatna w tonie. – Jestem taka głodna, że wydaje mi się, że ktoś piecze koninę... – próbowała odwrócić jego uwagę.
– Tak, czuję. Pewnie inni podróżnicy – zwrócił się w stronę lasu.
– Sprawdźmy to – zaproponowała z powagą, zupełnie jakby nic między nimi wcześniej się nie wydarzyło.
– Ale zachowajmy ostrożność.

* * *

Wśród gęstych drzew przemykały dwie postacie. O ich obecności nie świadczyło nic. Żadnych szelestów, głośnych oddechów, potknięć, szeptów.
Cisza.
To, co działo się w głębszej partii głuszy było całkiem inne. Śmiechy, śpiewy... najwidoczniej jakaś biesiada.
– Muszę przyznać, kamraci, że ta stara szkapa jest świetna! – zawołał najgrubszy, najprawdopodobniej herszt.
– Poproszę średnio wypieczone! – jeden z mężczyzn wzniósł dłoń do góry. Wyglądał nieco inaczej, niż reszta.
Dziewczyna i najemnik znaleźli się w pobliżu ucztującej grupki.
Gęsty krzak idealnie skrywał ich postacie, a głośny gwar pomiędzy panami, zagłuszał szepty między nimi.
– Czy widzisz to, co ja? – zaintrygowana niewiasta zwróciła się do Fatuma. – Siodło od klaczki – poznała od razu siedzisko, porzucone niedaleko w zaroślach.
– Teraz rozumiem, dlaczego pachnie tu koniną... mamy przesrane...
– Chwileczkę, czy to nie Kiro? – Tiara od razu spostrzegła podobieństwo. Jeden z złodziejaszków miał zielony strój, coś w rodzaju kapłańskiego habitu.
– Jeśli to on, to chyba go zabiję. Zeżarł konia, co ja teraz powiem dzieciakowi? "Hej, Mały, przykro mi, ale inny mnich wchrzanił konia"... ale będzie ryk...
– Ja, ja... nie wytrzymam tego dłużej – dziewczyna ścisnęła pięści. Gniew buchał z jej wyrazu twarzy niczym płomień z pieca. Zacisnęła zęby. Teraz mogło wydarzyć się wszystko.
Tiara wstała otwarcie i podeszła do paleniska. Bandyci byli nieco zaszokowani. Nastała cisza.
– Wy tępe opryszki! Wtranżoliliście nam konia! – wydarła się na nich.
– Poznaję ten głos. Chcesz się do nas przysiąść? – zakonnik z uśmiechem rozpoznał znajomą i zaprosił na kolację.
– Moim koniem się rozporządzasz?! Fatum, trzymaj mnie! – krzyknęła z furią i kopnęła duchownego w ramię. Następnie naskoczyła na niego i zaczęła dusić.
– Co się dzieje? – jeden z rabusiów spojrzał po kolegach.
Kobieta wydawała się im przerażająca.
– Bierzcie tę dziewuchę, idioci! – zarządził przywódca.
Chcąc dać swoim podwładnym przykład, podniósł się i ociężale ruszył ku napastniczce. Nim do niej dotarł, potknął się o gruby gałąź, który nagle pojawił się między jego nogami. Herszt wyłożył się i przeturlał jak piłka.
– Zmierzcie się ze mną – młodzian wyszedł z krzaków.
– Szefie, jest ich więcej! – najbardziej tchórzliwy z nich zatrząsł się jak galareta.
Wtedy ktoś nagle złapał go za ramię. Gdy tylko się obejrzał, dostał potężnie pięścią w nos. Upadł na ziemię i rozpłakał się.
– To jakieś cioty! – podsumowała dziewczyna w złości.
– Panowie, my im pokażemy! – herszt łupieżców gromko wrzasnął.
Trzech z szarżą poszło dać nauczkę Fatumowi.
– A ja?! – dziewczyna znów poczuła się ignorowana.
Wściekła Tiara zupełnie nie przypominała tej, która kurczyła się wcześniej pod ścianą. Może to obecność rycerza dodała jej sił.
Niemniej trzech typków zaczęło otaczać właściciela długich, kasztanowych włosów. Jeden z nich zamachnął się na z okrzykiem, który miał zastraszyć. Drugi zrobił to samo, kopiując ruch kolegi.
W chwili, gdy pięści już prawie sięgały twarzy młodzieńca ten uchylił się i jednym susem przemknął obok nieprzyjaciół. Kiedy zaś najbliższy odwrócił się, by ponowić atak, namiestnik obrócił się wokół własnej osi, unosząc wysoko wyprostowaną nogę, którą znokautował pierwszego z bandytów.
Pozostali dwaj z przyjemnością wykorzystali jego nieuwagę i chwycili za ramiona. Wtedy też Fatum skulił się, zmuszając swoich przeciwników do ugięcia nóg. Nagle wyskoczył, odbijając się stopami od ziemi, lądując na zgiętych kolanach opryszków. Następnie wyskoczył do góry najmocniej jak umiał.
Zaskoczenie sprawiło, że poluzowali uścisk, wypuszczając rycerza, który przeskoczył i wylądował za nimi. Ramionami objął ich szyje.
– Są twoi! – krzyknął do dziewczyny licząc, że wyładuje swoją złość.
– Błagamy o litość!
Tiara zbliżyła się z gracją. Jednemu wymierzyła cios w przeponę, drugiemu między nogi. Fatum puścił unieszkodliwionych przeciwników. Chwile pojęczeli trawiąc ból, a potem czym prędzej uciekli w gąszcz.
– I niech was więcej tu nie widzę!
Dziewczyna oparła dłonie na biodrach i odetchnęła z ulgą. Spojrzała na rycerza i uśmiechnęła przyjaźnie.
Gdyby nie to, że była wciąż mokra, mógłby zapomnieć o tym, co wcześniej się wydarzyło. Któraś z tych masek nie mogła być prawdziwa. Nie można być jednocześnie głupim i mądrym, nienawidzić kogoś, a potem nagle darzyć go sympatią.
– Jest mi zimno i jestem głodna! – wyrwała nagle i przysiadła się blisko żaru.
Urwała sobie kawałek mięsa i wsadziła do ust.
– Co za kretyn... – zmierzyła wzrokiem półprzytomnego zakonnika.
– Nie mamy teraz konia, do najbliższego miasta daleko, a za bandytów z tych gór nieźle płacą... ale jak ich odeskortować? No i pozostaje jeszcze fakt, że trudno mi sobie wyobrazić, że prowadzimy koniokradów przy Rainie.
– Mówiłam już. Twoja pociecha musi wrócić do domu.
– To nie jest moja pociecha, nie mam zamiaru bawić się w ojca. Ale jak to sobie teraz wyobrażasz, oni odzyskają przytomność, znowu będą rabować, a my za ten czas odstawimy dzieciaka z powrotem? To barachło jest teraz ważniejsze...
– To co powiesz swojemu brzdącowi, jak zwiążesz tym trzem ręce? – Kira również wzięła pod uwagę. – Że to taka zabawa?
– Ma dziesięć lat, powinien zrozumieć. No i klasztor mieści się w niebezpiecznej okolicy, na pewno słyszał o różnych incydentach...
– Fatum, obudź się! On oddał naszego wierzchowca za ŁYŻKĘ! – popatrzyła na niego z zażenowaniem. – Dobrze, że ty go niańczysz, nie ja. Bandytami tez musisz się zająć. Ja jestem tylko bezbronną kobietą – zaznaczyła wyniośle i przeczesała palcami swoje prawie już suche włosy. Znów zrzuciła na niego cały moralny ciężar.
– Sądziłem, że zainteresujesz się bandytami. W końcu, jak wspominałem, nieźle za nich PŁACĄ.
– Masz rację... – pokiwała głową. Zbliżyła się do niego i spojrzała prosto w twarz. – Okażę wspaniałomyślność i oprychami zajmę się sama.
– Wydaje mi się, Moja Droga, czy chcesz większość nagrody zgarnąć dla siebie?
– Nie mylisz się. A jednak coś masz pod tą kopułą i nie trzeba ci tłumaczyć – roześmiała się pogodnie.
On jakoś wcale nie podzielał jej humoru.
– Jestem kobietą interesu – dodała zarozumiale.
I zapadła nagła cisza.
– Masz coś na twarzy... – wskazała nieśmiało palcem.
Mężczyzna odruchowo przetarł się ręką.
– Nie, to nie tu – położyła opuszki na jego ciepły policzek.
– Więc, jeśli możesz, strzep to i wracajmy do dzieciaka. Może już się obudził i ma pietra.
Tiara cofnęła odruchowo dłoń i wstała.
– Ani myślę! Do twarzy ci z tym brudem – na jego twarzy nie było nic, mimo to udała, że jest tam coś szpetnego i złośliwie się uśmiechnęła.
– No to Rain to ściągnie. Pamiętaj o tych typkach, ja idę to młodego.






015. Pomyłka

czwartek, 4.listopada.2010, 19:35
Rankiem Fatum nie miał ochoty praktycznie na nic. Noc dostarczyła mu zbyt wielu wrażeń. Najpierw rusałka, potem koszmar, który miał szansę zaistnieć... upiorna melodia dziewczynki chodziła mu po głowie.

Gdzie moje serce
I lilie białe
Na ciemnym mym grobie

Matko, niech to przestanie! – uderzył w skroń.
Oporządził się przez lustrem, ubrał spodnie, wyszedł na zewnątrz.
Rześkość powietrza na korytarzu była zaskakująca. Dzięki temu nieco się rozbudził.
Ruszył w kierunku ogrodu. Był ciekawy, czy znów spotka rusałkę. Jedak zamiast małego demona, natknął się na Tiarę. Raczyła się śniadaniem.
– Widzę, że sobie nie żałujesz... – skomentował, widząc jak opycha się wielką porcją mięsiwa.
– Korzystam póki mogę. Nie chcę znowu moczyć stóp – wspomniała swoje próby złowienia oślizgłej przekąski. – Wiesz, oni nie są wcale tacy ubodzy. Nudziło mi się w nocy i trochę się rozejrzałam – uśmiechnęła się beztrosko i wsadziła kęs do ust.
– Mają prawo posiadać kosztowności. Taką wielką ilość ludzi też trzeba wykarmić... ale skoro rozglądałaś się po klasztorze, słyszałaś w nocy fortepian i skrzypce? Albo doznałaś czegoś niezwykłego?
Tiara spojrzała na niego przenikliwie.
– Tak, widziałam jednorożca – zażartowała. – Nie chodziło mi o darowizny. Zakon na pewno strzeże jakiegoś przedmiotu kultu albo artefaktu. Mam ochotę go wykraść.
– A ja zamierzam powiedzieć przeorowi o twoim planie. Daruj sobie. A co do niezwykłych rzeczy, pytałem poważnie, ale, jak widzę, nie potrafisz poważnie traktować rozmówcy – uniósł głowę i rozejrzał się dookoła, w poszukiwaniu innej osoby, z którą mógłby podyskutować.
– Chciałam nam wynagrodzić trudy dostania się tutaj! – stanęła tuż przed jego twarzą.
– Nikt ci nie kazał tu iść – ich oczy się spotkały. – Nie zapominaj, że oni cię tu goszczą, karmią...
Długo nie wytrzymała tego wzroku wymierzonego prosto w jej źrenice, toteż od razu znalazła jakiś daleki przedmiot skupienia.
– Jesteś naiwny. Nikt niczego nie daje za darmo – pociągnęła nosem. – Poza tym, mówisz o dźwiękach i kształtach. Mogło ci się to tylko wydawać. Te rośliny w ogrodzie... część jest halucynogenna. Mnisi używają ich, aby wejść w stan medytacji.
– Mam wrażenie, że mi się nie wydawało – podrapał się po karku. – Przy okazji, być może grozi ci jakieś niebezpieczeństwo.
– Mnie? Zapomniałeś chyba, że mam współlokatora, więc lepiej zadbaj o siebie, Eniel – złośliwie wypowiedziała jego prawdziwe imię.
– Zamknij się – syknął wściekle i odwrócił na pięcie.
Kiedy tylko zniknął, z korytarza wyłonił się Rain.
– Dzień dobry.
Dziewczyna usiadła spokojnie pod lekko pochylonym drzewem, nabrała powietrza w usta i głęboko westchnęła.
– Witam...
– Fatum już ci powiedział? Widziałem, że był zły, więc chyba z tobą rozmawiał.
– Niby co takiego, ten nadęty... – opanowała się i powstrzymała słowa. – Nie wiem, czemu mnie nie lubi.
– Że coś ci grozi, może nawet śmierć. W jakimś dziwnym miejscu. Przynajmniej tak wynika z mojej wizji. Brodzisz we własnej krwi i prosisz Fatuma o pomoc. To może być bardzo ważne.
– Jego? Nigdy! Ty jesteś jasnowidzem! Sam powiedziałeś, że przyszłość jest zmienna! Więc co powinnam zrobić?
– Na wszelki wypadek trzymałbym się blisko Eniela... to znaczy Fatuma. Tym bardziej, że śpieszył ci pomóc.
– Zakładając, że coś niedobrego się wydarzy, nie wierzę, że będzie mnie chronił. On uważa, że jestem małym, wrednym, dokuczliwym pasożytem. Jeśli uważasz, że jestem w niebezpieczeństwie, poinstruuj mnie tak, abym mogła sama sobie pomóc.
– On nie jest taki zły, na jakiego wygląda. Gdybyś była w niebezpieczeństwie, pomógłby ci. Raczej irytuje go twoja beztroska.
– A ja myślałam, że jest zimnym draniem... – zironizowała.
– Jego oczy mają ciepły wyraz – stwierdził chłopiec i rozejrzał się po ogrodzie. – Był tu wczoraj i spotkał rusałkę. Rapsody nie pokazuje się ludziom od tak, wyczuła w nim dobro.
– Ciepły wyraz... – powtórzyła po nim. – To prawda, że wzbudza zaufanie, ale go nie znasz. Nie wiem, jakim jesteś wróżbitą, ale na pewno nie widzisz naszych serc – powiedziała głośno i z przejęciem.
– To prawda, ale oczy są zwierciadłem duszy i to wystarczy. Czy nie wolałabyś się przekonać, że Fatum jest jednak dobry i kiedy zajdzie potrzeba, uratuje cię?
– To znaczy, jak mnie uratuje?! Dlaczego on?!
Poczerwieniała na twarzy. Odwróciła się plecami do chłopca i jęknęła sama do siebie. – Ten biedny jak mysz kościelna nieudacznik ma być moim księciem? Nigdy... – skrzywiła się na samą myśl.
– Tak wynika z mojej wizji, nie mam na to wpływu... i nie wiem dokładnie jak. Wiem jednak, że na pewno ci pomoże.

* * *

Fatum usiadł na swoim łóżku.
Jacy oni są irytujący... – zacisnął pięści na pościeli. – Wścibski dzieciak, głupia dziewucha... dlaczego nie dają mi spokoju...
Mimo wielkiej chęci nie umiał zdobyć się na nienawiść względem tych ludzi. W głębi serca wiedział, że nie są źli. Twarz Raina mówiła, że rozumie jego ból i co więcej, chce pomóc. W końcu znalazł się ktoś, kto pojmował jego uczucia...
Dziewczyna również nie była niczemu winna. Wpadli na siebie, to wszystko. Czysty przypadek, zrządzenie losu.
W całym tym gronie to on czuł się jak idiota. Odpychał ich i zniechęcał do siebie, mimo że tak właściwie może nawet zaczynał ich lubić.
Nie mogę pozwolić, żeby mnie zaakceptowali... to ich zgubi.

* * *

Słońce chyliło się ku zachodowi, wolno kładąc się na pościel widnokręgu.
Po przeciwnej stronie, płótno nieba stopniowo rozjaśniło się do koloru karmazynowej czerwieni.
Nie było już ciepła w powietrzu, choć romantyczny widok zasypiającej gwiazdy rozgrzewał duszę niczym grzaniec podany z rąk pięknej barmanki.
Mnisi kłębili się w dwóch dużych komnatach, zgodnie zajmując miejsca obok siebie na kwadratowych, ozdobnych poduszkach.
Pierwsze pomieszczenie zajmowali najwyżsi rangą przeorzy wraz z gośćmi, drugie mieściło resztę społeczności klasztoru.
Wniesiono potrawy w małych, glinianych miseczkach. Wodorosty, ryż i owoce.
Tiara z zaskoczeniem pochyliła się ku naczynku z pachnącym posiłkiem.
– Tylko tyle? Takie skromne racje żywnościowe? Tego nie starczy nawet dla dziecka – pomyślała, krzywiąc się w stronę ojca klasztoru.
Kiedyś myślała o byciu zakonnicą. Wiedziała, że mnisi przede wszystkim łakną wiedzy, oczyszczenia i nirwany.
Ale żeby nic nie jeść? – Takie życie nie jest dla niej. Spojrzała porozumiewawczo na Fatuma, szukając u niego poparcia w tym temacie.
Tymczasem kapłani pomodlili się, wyrażając swoje wielkie dziękczynienie za posiłek, który mogą zjeść z błogosławieństwem stwórcy.
To nie bóg, tylko jakiś kat – mruknęła. Najchętniej wymalowałaby czarną farbą jakieś wąsy na czczonym posągu albo wypaliła dziurę w świętym płótnie, który go przedstawiał.
Dziewczyna ponownie rzuciła katem oka na rycerza, który zamyślił się nad jakimś głębokim sensem życia.
– Hej ty, będziesz to jadł, czy nie? – zapytała z lekkim podenerwowaniem.
– Jeśli chcesz, to bierz. Nie mam ochoty na jedzenie – podsunął jej swoją miskę. – Myślę, kiedy będę musiał się stąd zabrać... może już jutro rano.
– Stałeś się pesymistą? Przecież to miejsce to istna wylęgarnia pięknych rusałek i elfów – z przekorą burknęła i złapała za miseczkę.
– To nie dla mnie. Zamknięty areał... potrzebuję przestrzeni. Jeśli tobie się tu podoba, możesz zostać. W takim miejscu powinnaś być bezpieczna.
– Żartujesz... chcesz, żebym umarła z głodu? – wskazała dwa puste naczynka po ryżu. – To wszystko wygląda jak jakaś obłędna sekta. Nieletni smark ubzdurał sobie, że potrafi przepowiadać przyszłość i lasuje mózgi tym biednym głupkom. Poza tym można każdemu nakręcić w głowie, wąchając te narkotyki z domowego ogródka. Jesteś sceptykiem, nie uwierzyłeś w wiedźmę i demona. Sam przyznaj, że to niezłe krętactwo.
– Gdyby oszukiwał, nic by o nas nie wiedział – ukradkiem spojrzał w stronę chłopaka, samotnie jedzącego swój posiłek.
– Tak? – wzięła łyk źródlanej wody. – To czemu rano powiedział, że jesteś zboczeńcem i masz na swoim koncie kilka gwałtów i że powinnam się trzymać od ciebie z daleka? Ponoć uciekłeś z domu, okradając rodziców, a w dzieciństwie biłeś rodzeństwo – zakomunikowała z powagą.
W środku śmiała się do siebie, oczekując jego reakcji.
– Zostałem osierocony mając trzy lata. Nie pamiętam rodziców i rodzeństwa – odparł, wpatrując się w szklankę z wodą. – Twój kawał jest nie na miejscu...
– W porządku, Eniel. Przepraszam...
– Idę się położyć. Odprowadzę dzieciaka, bo zasypia przy stole – znikł jej z oczu.
Znowu jestem ignorowana – pomyślała przez chwilę.
Najemnik odholował skarb klasztoru do sypialni.
Tiara czuła się niepotrzebna.
A gdyby tak uciec? Wziąć, co się należy za fatygę i zniknąć. Wszyscy są teraz tutaj. Idealna okazja...
Młoda kobieta szybko się zebrała i zaczęła przemierzać korytarz twierdzy.
Po godzinie zabrała to, co mogło mieć jakąkolwiek wartość. Trochę posążków wysadzanych kamieniami, srebrne świeczniki i elfią biżuterią.
Tak, gówno mnie obchodzi, że ten mężczyzna ma mnie za pomyloną łajdaczkę. Jestem inteligentna i myślę ekonomicznie. Pieniądze na podróż same się nie pojawią. Fatum...
Zamiast się skupić myślała o tym, co rzeknie rycerz. Wlazł jej teraz do głowy jak robak w ziemię i nie chciał wyjść.
Nie chcę go widzieć! Mam jeszcze jedno do zrobienia. Wygarnę temu młodzikowi, jak bardzo się pomylił odnośnie jego osoby – ścisnęła emocjonalnie pięści, podążając do pokoju Raina.

Ale chłopca tam nie było. Łóżko stało, pościel była rozkopana, dziecka ani śladu. Zdecydowała więc, że zajrzy do Fatuma. Musiała to zrobić, by odnaleźć Raina. Zapyta tylko i zaraz pójdzie – tak postanowiła.
Kierując się głównym korytarzem, zauważyła cień nienaturalnie wyglądającej postaci. Przystanęła, odwróciła głowę i ujrzała mnicha ze chłopcem na baranach. To nie wyglądało normalnie...
– Przepraszam...? Co robisz? Przecież on śpi – zapytała i stanęła przed zakonnikiem, zastępując mu drogę.
– Wieczorny spacer. Wyrocznia musi zaczerpnąć świeżego powietrza – odpadł bez namysłu i ominął ją łukiem, ruszając w dalszą drogę.
– Zatrzymaj się! – szarpnęła go za ramię, zanim uciekł.
Ewidentnie coś tu nie grało. Kapłan wyglądał na podenerwowanego, jakby robił coś niewłaściwego. Jego wyraz twarzy mówił wszystko.
Chwileczkę, czy on czasami nie próbuje porwać dzieciaka? – pomyślała. – Obudzimy go i spytamy o zdanie na ten temat – chwyciła za miejsce, gdzie trzymała swój krótki miecz. Zapomniała, że mnisi nie pozwolili im trzymać przy sobie broni.
– Odsuń się, grzesznico! – odepchnął ją nogą, prawie puszczając dziecko.
Chłopiec zsunął się jednak do tego stopnia, że musiał uklęknąć i posadzić go na posadzce. Skupił się na kobiecie
– Nie wtrącaj się w sprawy kościoła!
– Chcesz go wykraść! Zaraz zobaczysz, ile moja piękna kobieca pierś potrafi wydać z siebie dźwięku!– nabrała powietrza do płuc, aby krzyknąć jak najgłośniej.
Zamiast krzyknąć, jęknęła. Mnich zacisnął pięść i uderzył w brzuch z taką siłą, iż zgięła się w pół.
– Nikt nie będzie mi przeszkadzać!
Dziewczyna była w potrzasku. Nawet wierny Abraxis został tym razem w szafce koło gościnnego łóżka.
Czuła, że cierpienie uniemożliwiło jej ruch. Nie mogła krzyczeć, zamiast słów z jej ust wydobywały się krople krwi. Miała nadzieję, że oprawca porzuci ją, straci zainteresowanie i znowu zacznie uciekać. Na darmo. Nie dawał jej spokoju. Wykręcił boleśnie jedną rękę, unieruchamiając. Wiedział, że kobieta jest zagrożeniem póki oddycha. Tiara zaczęła walić pięścią w posadzkę i ściany. Miała nadzieję, że ktoś to usłyszy.

W tym momencie miała rację. Nie zorientowała się nawet, kiedy jej gnębiciel został powalony na ziemię. Fatum niczym byk staranował go własnym ciałem. Sapał z rozeźleniem, patrząc na przeciwnika.
– Mnich podnoszący rękę na kobietę i dziecko. Normalnie módl się o szybką śmierć – warknął i splótł dłonie. Uniósł je i z impetem uderzył w brzuch powalonego zakonnika. Z ust trysnęła krew.
Mężczyzna w średnim wieku nie mógł się jednak poddać. Chwycił Fatuma za włosy, próbując go odciągnąć. Namiestnik miał jednak na to sposób. Agresor zawył z bólu, kiedy młodzieniec przygniótł ciężkim butem jego krocze.
Słowa tego małego wróżbity odbiły się echem w sercu ciemnowłosej dziewczyny. "Fatum nie jest zły. Uratuje cię".
Strach kazał jej kulić się pod ścianą, czekając na rozwój wypadków. Przełknęła ślinę, obserwując z podziwem odwagę najemnika.
W międzyczasie mnichowi udało się wyswobodzić z rąk Fatuma. Podniósł się szybko i zapominając o własnej zdobyczy, zaczął uciekać.
Rycerz ani myślał porzucić zemsty. Zwinnie jak leśne stworzenie odbił się od podłogi i ruszył za oponentem. Długo gonić nie musiał, wszakże był o wiele młodszy i sprawniejszy. Chwycił za habit i z impetem pchnął mężczyznę na ścianę.
W oddali słychać już było kroki tych, którzy usłyszeli, że coś się dzieje. Fatum jednak nie przejmował się konfrontacją z resztą duchownych. Łokciem złamał przeciwnikowi nos. Dopiero kiedy adwersarz zaczął płakać i błagać o litość, trochę się uspokoił, chociaż nie puszczał zakonnego.

Społeczność klasztoru zadziałała w mgnieniu oku.
Rozdzielono dwóch mężczyzn. Część zebrała się dookoła nich. Dwóch kapłanów prędko otoczyło ochroną Raina, leżącego na posadzce.
Tiara właśnie teraz, gdy wstrząs i emocje zaczęły puszczać, poczuła jak niemiłosiernie bolą zadane ciosy, jak mocno piecze warga.
Zupełnie się rozkleiła wystraszona tym, co się stało.
– Zostawcie Fatuma! Tamten mnich to zdrajca! – krzyknęła, spostrzegając, że zakonnicy traktują gościa jako napastnika, a duchownego niczym ofiarę.
Albo nie słyszeli, albo nie chcieli usłyszeć. Kopnęli rycerza w brzuch w ramach unieszkodliwienia.
Dziewczynie zrobiło się smutno, gdy tylko to ujrzała. On uratował ich mały skarb!
Z ledwością podniosła się na nogi, otarła swoje zabrudzone krwią usta.
Oskarżenia ze strony zakonników padały jeden za drugim.
– Dlaczego zaatakowałeś jednego z naszych?!
– Chciałeś porwać chłopaka, podstępne szczenie demona! – pucołowaty mniszek wymierzył Fatumowi policzek.
– Niby część taka stara, a siłę to macie... – splunął krwią. – Jeśli chcecie, zamknijcie mnie w celi albo wyrzućcie z klasztoru – uniósł ręce w geście poddania.
Nie musiał mówić więcej. Czterech duchownych objęło go ramionami i poprowadziło w nieznanym kierunku. Tiara liczyła, że Fatum zacznie się bronić albo chociaż odwróci w jej stronę, ale żadne z tych rzeczy nie miało miejsca.






014. Małżonek Przeznaczenia

czwartek, 4.listopada.2010, 19:30
Fatum rozejrzał się po okolicy.
Ostatnie miejsce, które pamiętał, to klasztor. A teraz... nieznany mu las. Nagie pnie drzew pochylały się pod naporem nieznanej siły.
Kiedy westchnął, para wydobywająca się z jego ust zamieniła się w mgłę, okalającą cały teren.
Onieśmielony niezwykłym zjawiskiem, ruszył przed siebie. Czuł pod stopami ostre kamienie i martwą, suchą ziemię.

Kolejny wydech, jeszcze więcej mgły. Nie dostrzegał już nic poza czubkiem nosa. Szedł dalej, przedzierając się przez mleczną kotarę.
Krok stał się bardziej zdecydowany. Mroczna okolica nie przypadła mu do gustu.
Kiedy przestał czuć grunt pod stopami, wrzasnął.
Wylądował w głębokim na ponad dwa metry dole. Nie mogła to być zwykła dziura. Regularność i prostokątny kształt sugerował, że ktoś ją wykopał. W wiadomym celu...
Chwycił za krawędzie i podciągnął się, dzięki czemu uwolnił się z pułapki.

Mgła zaczęła zstępować. Jego oczom ukazał się cmentarz z większą ilością rozkopanej ziemi.
Między grobami stały domy. A może na odwrót... to mogiły stały między domostwami. Zupełnie jakby ludzie chowali krewnych we własnych ogródkach.

Wydłubali mi oczy
I wyśnili śmierć
Wśród wrzosowych drzew

Nie czuję nic
Odcięli mi nos
By nakarmić psy

Gdzie moje serce
I lilie białe
Na ciemnym mym grobie

Demony mnie tulą
ściskają całują
Jestem jedną z nich


Tę piosenkę śpiewała dziewczynka zwrócona tyłem do Fatuma. Pojawiła się, kiedy powietrze się rozrzedziło.
Rycerz ruszył ku małej nieznajomej. Zdawała się nie zwracać na niego uwagi, a on dowiedział się, dlaczego. Nie była to zwykła piosenka. Nie dość, że upiorna, to jeszcze całkiem prawdziwa. Dziecko stało, nucąc swoją pieśń. Bez oczu, nosa... zamiast tego z ubytków toczyły się larwy

Widzę oczami duszy
Widzę Zły Los
Widzę Małżonka Przeznaczenia

Fatumowi przeszły ciarki po plecach, cofnął się gwałtownie, kiedy mała zaczęła podążać ku niemu, kołysząc się przy tym na boki.
W jednym momencie spod ziemi wynurzyły się ręce obdarte ze skóry. Namiestnik wskoczył z wrzaskiem na grobowiec. Nie jego jednak chciały kości. Chwyciły dziewczynkę za stopy i zaczęły wciągać pod powierzchnię.

Znalazłam swój grób
Moje białe lilie
Mrok, wilgoć i śmierć.

Dokończyła piosenkę tuż przed tym, jak zniknęła pod powierzchnią. Ziemia przyjęła ją z taką łatwością, jakby stanęła na wodzie i nagle się w niej zapadła.
– Jasna cholera, co tu się...! – zeskoczył i zaczął kopać – Trzeba ją uratować... – zapomniał o strachu.
Nie znalazł nic. Będąc w kompletnym szoku, zaczął kopać intensywniej. W końcu na coś natrafił. Mały, metalowy krzyżyk naznaczony krwią i otoczony pajęczyną.
– Co to ma być...? – nie zdążył się przyjrzeć. Symbol rozkruszył się w jego dłoni na tysiące kawałków i przesypał przez palce. – Jakiś koszmar.

Krzyk, który wzniósł się w okolicy był nieznośny. Chciał zatkać uszy, ale nie mógł. Ktoś potrzebował pomocy, a on jako rycerz, miał obowiązek tej pomocy udzielić.
Wstał i pobiegł w kierunku źródła. Zatrzymał się, kiedy dojrzał żywą postać.
Kobieta klęczała w kałuży krwi i spoglądała na niego ametystowymi źrenicami.
– Ratuj...
Tiara... – to niewątpliwie była ona.

* * *

Otworzył oczy i spojrzał na sufit. Zlany potem leżał na łóżku w komnacie klasztornej.
– Tiara...
– Mnie bardziej zastanawia kwestia "Małżonka Przeznaczenia" – oświadczył Rain. Siedział na krześle przy antycznym, dębowym biurku.
– Co ty tu robisz?!
– Zsyłam wizję przyszłości.
– Ten sen to...?
– Prawdopodobna przyszłość. Zobaczyłem to całkiem niedawno i uznałem, że ci pokażę.
– Ten cmentarz to była jakaś metafora, prawda? – Fatum otarł pot z czoła.
– Może tak, może nie. To może być jakieś realnie istniejące miejsce.
– Bardzo pocieszające, wiesz? Tiarze coś grozi?
– Nie wiem. Za dużo tam niejasności i chaosu. Ale pewnie jeśli coś jej zagraża, musisz ją uratować. Nie bez przyczyny jesteś Małżonkiem Przeznaczenia.
– Moje Fatum. Niedobrze...
– A może jesteś Dobrym Omenem?
– Za późno, by mnie tak nazywać.






013. Rusałka

czwartek, 21.października.2010, 17:16

Kryształy serca kruszyły się
Przy każdym uderzeniu
A on szedł dalej
Po gruzach przyszłości
Szukając światła

Nie było już bólu
Pochłonęła je lawa pustki
Nie było szczęścia
Utonęła w morzu nicości
Nie było harmonii
Porwał ją chaos

Wszyscy szli przed siebie
Z nożami w piersiach i plecach
Bez twarzy
On jedyny pochylał się
I szukał kryształów swojego serca
Obserwował jak inni poruszają się w takt
zmysłowego Danse Macabre

Aniołom płonęły skrzydła
Płonęła też jego dusza
Łzy spadały wyjaławiając glebę
Liry i harfy gdzieś z nieba
Grały dla tańczących
Kochankowie śmierci krwawili
Szarpiąc palcami za struny

Granice zniknęły
Piekło zrównało się z utraconym rajem
Wzniesiono okrzyki Kyrie Eleison
Nikt nie chciał podążać ku nicości
Skakali więc w otchłań
W objęcia Przeznaczenia



Fatum zgniótł kartkę z wierszem i odrzucił na ziemię.
– Co za stek bzdur. Nic nie trzyma się całości, brak logiki... ach... – westchnął ciężko, siadając przy biurku.
Sierpowaty księżyc zaglądał przez okna, obdzierając z intymności.
Fatum czuł, że nie jest sam. Z każdej strony dochodziły do niego głosy. Szelesty dobiegające zza drzwi jednocześnie męczyły i niepokoiły. Szepty niewiadomych były tak wyraźne, jakby mówiono wprost do jego ucha.
Klasztor, co prawda, wyglądał nietypowo. Rycerz nie przypuszczał jednak, że pośród jego murów będą się dziać tak nieprawdopodobne zjawiska.
Młodzieniec odwrócił głowę. Ktoś odezwał się do niego.
Anioł? – powiedział do siebie.
– Eniel – odparł głos.
– Eniel... – powtórzył, wstając. – Ogród?

Wyszedł na korytarz, rozglądając się wokoło. Nigdzie nie było śladów życia. Jedynie ogień tańczył na knotach świec.
Każde jego stąpnięcie odbijało się dziwnie melodyjnym echem. Raz wydawało się, że wydźwięk jest niemiłosiernie głośny, a zaraz potem bardzo cichy. Najemnik miał wrażenie jakby stąpał po klawiszach fortepianu, w którym pomieszano struny.
Kiedy tylko do głowy przyszła mu myśl związana z tym instrumentem, w oddali usłyszał grę fortepianu. Nie wiedział jak sklasyfikować uczucia, które odbierał w melodii. Wewnętrzny spokój, może smutek, tęsknota... albo nadzieja. Nuty przeplatały się, tworząc coś nieopisanie pięknego.
Wtem do tajemniczego koncertu dołączyły skrzypce. Ich pieśń nadała utworowi głębokiego cierpienia, które chwyciło jego serce.

W towarzystwie muzyki zaszedł pod wysokie wrota porośnięte bluszczem. Zastanawiał się jak wejdzie do środka. Wsunął dłoń pomiędzy pnącza, licząc, że złapie za klamkę. Częśc rośliny zaczęła gnić, reszta płonąć. W zaskoczeniu zabrał dłoń. Bluszcz nadal ulegał przykrej destrukcji.
Drzwi zaskrzypiały i uchyliły się, pozwalając przejść.

Ogród w nocnej poświacie był równie piękny jak za dnia. Świetliki migotały, namawiając magiczne kwiaty do rozwarcia płatków. W powietrzu unosiło się jeszcze coś świetlistego. Nie było to jednak żadne stworzenie znane młodzieńcowi. Poruszało się leniwie, oświetlając niewielkie połacie terenu wokół siebie.
– Ogniki pozostawione przez elfów – oznajmił ktoś, wyrywając Fatuma z zamyślenia.
Na dużym głazie siedziała malutka kobieta. Mimo karłowatego wzrostu wyglądała na zupełnie dorosłą. Co więcej, jej rude włosy zdawały się pływać w powietrzu na przekór grawitacji. Była piękna – o płomienistych oczach, odziana w zieloną, aksamitną sukienkę. Z delikatnym uśmiechem patrzyła na rycerza.
– Rusałka – stwierdził, a kobieta pokiwała głową. – Nocna strażniczka ogrodu?
– Zaprosiłam cię.
– Te głosy to byłaś ty? – podszedł bliżej, lecz wciąż zachowywał bezpieczną odległość.
– Duszki.
– Elfy, ogniki, duszki, rusałki... dużo niezwykłych stworzeń w jednym miejscu – usiadł przed nią. – Co jeszcze, jednorożce? Syreny w jeziorze? Kelpie?
– Czy to ważne?
– W sumie nie bardzo.
– Zabierz stąd Raina – poprosiła, wplatając kwiat we włosy.
Wielki liść leżący na ziemi nabrał wody. Rusałka pochyliła się i zaczęła oglądać w odbiciu swoją twarz.
– To dziecko? Chyba żartujesz... jest za mały na podróżowanie, poza tym po co ma gdzieś ze mną iść?
– Wasza przyszłość jest ze sobą związana. Nici przeplatają się ze sobą.
– A to znaczy, że...
– Jeśli coś się kiedyś wydarzy, lepiej będzie, jeśli będziecie wtedy razem.
– To akurat rozumiem, ale...
– Nie pytaj, tylko myśl – wystawiła dłoń, zatykając palcem jego usta. – Twoje myśli są bogatsze od złota, Enielu.






012. Skarb mnichów

czwartek, 21.października.2010, 17:14
Ogromny klasztor był niezwykłym zjawiskiem. Cały kompleks został wykuty w skale, przez co z daleka stawał się prawie niewidoczny. Głównych wrót strzegły dwa potężne gryfy wyrzeźbione w czarnym kamieniu. Wyglądały jakby w każdej chwili mogły się przebudzić i zaatakować nieproszonych gości.
Dominujące dwie wieże otaczały rzygacze, na balustradach zamku zasiadały gargulce, wpatrujące się w przestrzeń przed nimi.
Całokształt nie dość, że mało zachęcający, to w dodatku zupełnie nie pasujący wyglądem do typowych świątyń, w których oddawano cześć Solarisowi - Bogu Światła.
Ciemność otaczająca budowlę, zdawała się ostrzegać, że miejsce jest przeklęte.
– Chyba zmienili wyznanie – ocenił rycerz, chwytając kołatkę, która przedstawiała głowę lwa trzymającego w pysku mosiężne koło. – W takim miejscu rzeczywiście można trzymać skarby – zastukał głośno.
Oboje usłyszeli echo rozchodzące się za drzwiami.
– To nie wygląda na klasztor. Mam złe przeczucia – Tiara schowała się za plecami Fatuma.
– Nie bądź już taka wrażliwa. Budynek jak budynek, architekci mieli fantazje.
Odzew z wnętrza budynku był niemal natychmiastowy. W chwili, gdy ktoś pociągnął za klamkę, wrota zaskrzypiały jakby nikt nie oliwił zawiasów od wieków.
– Oczekiwaliśmy waszego przybycia – powiadomiła kobieta, stojąca w przejściu.
Niewątpliwie przekroczyła już półwiecze, była pulchna, a kiedy się uśmiechała, twarz miała okrągłą jak księżyc w pełni.
– Byliśmy "oczekiwani"?
– Oczywiście, już od wczoraj – zakonnica skłoniła się lekko. – Wiedzieliśmy, że wybieracie się do nas.
– Przybywamy w pokoju! – Tiara szybko postarała się rozwijać wszelkie wątpliwości, „ot tak”, na wszelki wypadek.
– Proszę za mną... – kobieta obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie.

Dziedziniec był duży. Z zewsząd, na obcych zerkały kamienne oczy tajemniczych mnichów.
– Trochę się odgrodziliście od świata – wtrąciła dziewczyna z prostą grzywką.
Zewnętrzna fortyfikacja była niepokojąca, a wnętrze raczej przypominało twierdzę, niż cichą świątynię dla wierzących. Niepokojące. Zakonnica za to ani myślała odpowiedzieć. Szła przed siebie.
– A jeśli odkryli nasze zamiary, zabiją nas, a potem zakopią? Cofnijmy się – złodziejka lękliwie uchwyciła ramię rycerza.
– Tylko ty masz złe zamiary, ja jestem ciekawy – odpowiedział stanowczo. – Siostro, skąd wiedzieliście, że przychodzimy?
– Prorok tak powiedział – odparła.
– Dlaczego wasz zakon wygląda tak dziwnie? – Tiara zabrała głos.
Mniszka znów nie odpowiedziała.
– Widzisz, ignoruje mnie...
Złodziejka rozglądnęła się dookoła. Zbyt dużo szczegółów, aby mogła to zapamiętać. Istna forteca. Najpewniej musieli istotnie kryć coś wartościowego.
W końcu weszli do środka.
Wnętrze nie było aż tak wielkie jak się wydawało. Po korytarzach spacerowali przygarbieni mnisi, pochłonięci modlitwą. Na gości patrzeli z wywyższeniem.

Fatum i Tiara zostali zaproszeni do ogromnego pomieszczenia z dużymi oknami. Posadzka wyłożona kamieniami mogłaby stanowić wzór czystości i kunsztu utalentowanych kamieniarzy. Przy przeciwległej ścianie znajdowało się podwyższenie, a na nim z kolei siedział starszy kapłan.
– Eeem... witamy – zagadnął najemnik.
– Miło mi gościć ciebie i twoją towarzyszkę. Oczekiwaliśmy was – pogłaskał się po długiej, sięgającej do klatki piersiowej brodzie.
– Słyszeliśmy. Podobno wiecie to od proroka...
– Jest naszym duchowym przewodnikiem. Na początku chciałbym powiedzieć, że nie znajdziecie tu skarbu, o którym myśleliście.
– Myślę, że powinnam stąd wyjść. Dlaczego zamieszkujecie taką twierdzę?
Tiara nerwowo się rozglądnęła dookoła. Nie znalazła jednak nic, co mogłoby jej posłużyć do ewentualnej obrony czy ucieczki.
– To miejsce ma wiele setek lat, panienko. Mówi się, że to miejsce zamieszkiwały smoki, które, by ukryć swoją rasę, przemieniały się w ludzi. Potem smoki zniknęły, pojawili się ludzie – wojskowi, pilnujący gór przez najeźdźcami. Nie spełnili swojej funkcji, więc porzucili to miejsce, a my je przejęliśmy.
– Rozumiem. Więc... Nie ma tu żadnych skarbów? – zapytała wprost, niewinnie patrząc na głowę dziwnego klasztoru.
– Nie takie, o jakich myślicie. My nazywamy skarbem coś zupełnie innego.
– To znaczy co?
– Nasz prorok jest naszym skarbem. Chciał was zobaczyć, w szczególności pana.
– Mnie? Po co? – Fatum uniósł brwi.
– Nie powiedział.
– Nie opłaca się wierzyć w bzdury. To ja idę do domu – mruknęła dziewczyna ze zniechęceniem.
– To nie są bzdury. Gdyby nimi były, nie wiedzielibyśmy, że nazywa się pani Tiara Nectra – odpowiedział.
Niewiasta otworzyła usta będąc w szoku. – Dobrze, czego wasz jasnowidz chce od Fatuma? A jeśli chce od niego, to czy ja mogę już sobie stąd iść?
– Może moc proroka będzie w stanie odnaleźć twojego brata, panienko.
– Zostanę – ucięła krótko i bez namysłu. – A gdzie on jest?
– W ogrodzie.
– Macie tutaj ogród? W takim miejscu? Gdzie?
– Wewnątrz góry, wokół jeziora – odparł mędrzec. – Jego strażnikami są elfy.
– Nie ufam takim herezjom. Chyba jesteśmy w wariatkowie, albo mi się to śni – uszczypnęła się przekornie w policzek.
– Twój umysł jest zamknięty – stwierdził starzec.
– Ten pan w delikatny sposób mówi ci, że jesteś ograniczona – szepnął Fatum. – Chętnie zobaczymy ten ogród.
– Mów za siebie... – poczuła się zniesmaczona. Wstała i chwyciła za ramię rycerza. – Chodźmy stąd, to na pewno jakaś pułapka.
– Gdzie się podziała twoja odwaga? – spojrzał na nią. – Jeśli rzeczywiście coś się kroi, może być jeszcze lepiej.
– Słowa padające z twoich ust są niemal święte, ale brakuje w nich prawdy. Jesteśmy zakonem Solarisa, nigdy nie mamy złych zamiarów.
– Dobra... oddaję się w twoje ręce, wodzu – oświadczyła staruszkowi.

Przeor poprowadził ich głównym korytarzem w głąb klasztoru. Z każdą chwilą miejsce stawało się coraz bardziej mistyczne i budzące grozę.
– Prawie dotarliśmy – poinformował ich, gdy wyraźnie zaczęli zwalniać.
Mędrzec mówił prawdę. Już po paru minutach dotarli do wielkich dębowych drzwi, wyglądających jakby od wieków nikt ich nie otwierał. Wrażenie to wzmacniał fakt, że wrota porastał gęsty bluszcz.
Mistrz zakonu wyciągnął dłoń i wsunął między liście. Nie pukał, nie popychał, drzwi same się otworzyły, a pnącza cofnęły się nieco, by ułatwić przejście.
– Jak pan to zrobił? – Fatum badawczo zerknął na mężczyznę.
– Podobnie jak ty władcą ognia, ja jestem władcą ziemi, synu.
Ogród zdawał się być dziełem bajkopisarza, który ożywił swoje pismo ku uciesze dzieci. Motyle we wszystkich barwach tęczy były wielkości zaciśniętych pięści, czasem nawet otwartych dłoni. Płatki kwiatów o nasyconych odcieniach kusiły, aby rozłożyć się wśród nich i zacząć wdychać ich słodki zapach. W chwili, kiedy Fatum dojrzał przyglądającego się przybyszom daniela, oniemiał. Istoty wyglądające jak ludzie, o długich szpiczastych uszach, pielęgnowały owocowe drzewa.
– Mały kawałek raju – przyznał rycerz.
– Boję się – spanikowała Tiara – Co to jest? Elf?
– Nigdy ich nie widziałaś? – Fatum spojrzał niedowierzająco na towarzyszkę. – Muzycy i opiekunowie gajów.
– A dlaczego miałabym widzieć? To takie dziwne? – szepnęła do niego.
Zbliżyła się do stworzenia i zaczęła go oglądać niczym eksponat. Z góry do dołu, z dołu do góry. Chciała jeszcze coś sprawdzić. Pociągnęła zjawisko za ucho jak dziecko, pragnące poznać wszystko przez dotyk. Elf tylko jęknął i spojrzał na nią jak na dziwadło.
– Kuliar, ta panienka... – zaczął przeor.
– ...jest niekulturalna – stwierdził, kładąc dłonie na szpiczastych krańcach swoich uszu. – Mogę w czymś pomóc? – spojrzał wyczekująco na złodziejkę.
– Hmm... może być coś cennego, coś elfiego – stwierdziła czysto ekonomicznie. Rzecz jedyna w swoim rodzaju, stworzona przez takie stworzenie. Czysty zysk!
– Nasze kobiety czasem wykonują biżuterię ze szlachetnych minerałów, jednakże nie są to rzeczy dla takich jak ty – uniósł głowę. – Ojcze, jeśli pozwolisz, wrócę do swojej pracy – ukłonił się, przez chwilę mierząc wzrokiem długowłosego młodziana.
– Ależ oczywiście, Kuliarze. Niech kwiaty otwierają kielichy, widząc, że ku nim dążysz.
– To byłaby radość i zaszczyt – oddalił się.
– Miły facet – Fatum pokiwał głową.
– Czy on mnie obraził...? – Tiara powiodła wzrokiem za istotą.
– W pewnym sensie tak. Zachowałaś się w stosunku do niego dość arogancko, elfy odwdzięczają się tym samym, mimo że na co dzień to bardzo przyjazne i ciepłe stworzenia – podsunął Fatum. – Gdzie jest...?
– Tutaj – wyrwał jakiś głos, nie pozwalając namiestnikowi dokończyć.
Cała trójka spojrzała na młodego, około dziesięcioletniego chłopca o fiołkowych oczach i białych, sięgających łopatek włosów upiętych w kucyk. Jego szata sugerowała, że jest jednym z zakonników.
– Mały mnich? – Dziewczyna podeszła do niego, aby się przyjrzeć.
Wyglądał trochę inaczej niż reszta.
Więcej było w nim szlachetności i mniej pokory. Podpowiadało jej tak estetyczne odczucie..
– Dzień dobry – chłopiec uśmiechnął się.
– Oto Rain Sweillow, nasza wyrocznia – wtrącił mędrzec.
– To ty wiesz o nas tak dużo? – Fatum podejrzliwie zmierzył młodzika.
– Na to wychodzi – twarz Raina rozpromieniała.
– Jesteś jasnowidzem? Takim prawdziwym? Mógłbyś udowodnić? – niewiasta nie dawała za wygraną.
– Handlarz, któremu ukradłaś Abraxisa miał na imię Ginshu. Masz hmmm... 19 lat i posiadasz młodszego brata. Pochodzisz z małej wioski obok Namiru – podał parę przykładów.
– Niemożliwe! – Tiara podskoczyła jakby odnalazła szczęście. Chwyciła radośnie za obie dłonie wieszcza. Teraz to dostrzegała – chłopiec faktycznie jest perłą. Prawą, otwartą dłoń wyciągnęła do niego, sugerując aby przepowiedział przyszłość, jak czynią pospolite wróżki.
– Dam ci cztery srebrne monety. Powiedz, czy w przyszłości będę bogata i wyjdę za księcia z bajki! – z przejęciem i nieukrywaną ekscytacją czekała na odpowiedź młodzika.
– Przepowiadam przyszłość i widzę przeszłość. Ale... na twoim miejscu nie napalałbym się tak. Każdy jest kowalem swojego losu. To, co przewiduję jest jedynie jedną z możliwości... mogę przepowiedzieć ci domek nad jeziorem, ale jeśli będziesz niewłaściwie postępować... chyba rozumiesz.
– Wróżka nie próbowałaby obejść tego w taki sposób – spojrzała wzrokiem iście zdegustowanym.
– Ale ja nie jestem wróżką.
– Czy wiesz wszystko o wszystkich? – zapytał podejrzliwie Fatum, wcinając się w rozmowę.
– Tylko o wybranych. Na przykład wiem, że podróżował z wami mnich, Kiro, ale poza imieniem i tym, że jest ślepy, nic nie wiem. Pojawił się tylko przy okazji wspomnień panny Tiary.
– Wybrana, tak? – niewiasta uniosła brew. – I tak ci nie ufam. To pewnie coś w stylu "misja dla żądnych przygód herosów", nie dla mnie – rozejrzała się po botaniku od niechcenia.
Wtedy też zorientowała się, że w pobliżu nie ma nikogo. Ani przeora, ani elfów.
– Jak na razie dowiedziałem się, że wiesz dużo na temat Tiary. W sumie dobrze, niech tak zostanie.
– O tobie wiem jeszcze więcej, panie Fatum – chłopiec uśmiechnął się przekornie.
– Wątpię – uciął rycerz.
– A nie sądzisz, że to całkiem możliwe, skoro jesteś Przeklętym?
– Bajki.
– Przeklętym? O czymś mi nie mówisz? – dziewczyna odsunęła się zdecydowanie na parę kroków. Przysiadła pod drzewem o liściach wielkich jak parasole, czekając na rozwój wydarzeń.
– Przeklętym nazwali go ludzie, niesłusznie. To tylko przykry rozwój wypadków...
– Nie sądzę, żebyś wiedział o mnie tyle, żebyś mógł się wypowiadać, Rain.
– Fajne to imię "Fatum", ale prawdziwe jest ładniejsze. Nie niesie ze sobą złych skojarzeń – orzekł chłopiec.
Rycerz nie powiedział nic, a jedynie wpatrywał się w głębokie, fiołkowe oczy.
– Eniel, prawie jak anioł.
– To moje nazwisko.
Prorok pokręcił głową, nie zgadzając się ze słowami najemnika.
– Eniel... – powtórzyła Tiara wpatrując się w niego.
Pasowało mu, brzmiało majestatycznie, dopełniały szlacheckie rysy.
– Chwileczkę! – podniosła się. – Co ty, do cholery, ukrywasz!?
– Nie twoja sprawa – skwitował młodzian o kasztanowych włosach. – Tego dziecka również.
– Przecież mógłbym ci pomóc...
– Przeklętym nie można pomóc.
– A jednak się przyznajesz do zarzucanych ci czynów! – kobieta wskazała na niego jak na winowajcę całego zła.
– Niby jakich czynów? Może życie to nie jest twój interes. W ogóle się nie znamy.
– Unikasz ludzi – podsunął prorok.
– Nie wtrącaj się!
– Ten mały ma rację! Nie sprzeciwiaj się guru! – zdecydowanie stanęła po stronie młodszego.
– To moje parszywe życie i mogę z nim robić, co chcę. Jeśli zechcę, mogę nawet zdechnąć w rowie.
– Coś takiego nie godzi się komuś twojej rangi... – Rain westchnął ciężko.
– "Rangi"? – dziewczyna ponownie powtórzyła słowo, które ją zainteresowało.
– No bo przecież to jest k...
– Ciiicho – Fatum zawarczał jak wściekły pies.
– ...ktoś ważny, no. Nie wchodźmy szczegóły.
– Ważny? Chyba... poważny. I to śmiertelnie. Oschły, brutalny i niemiły. Pastwi się nad niewinnymi kobietami i pokrzywdzonymi – Tiara wzniosła lekceważąco nos do góry.
– Przykre życie kształtuje tak ludzi... ale uwierz mi, najbardziej pokrzywdzonym, jakiego kiedykolwiek widziałem, jest Eniel.
– A ja się nie liczę. Znowu – Tiara naburmuszyła się.
– Brutalny ojciec jest małą kropelką w porównaniu z byciem jedynym ocalonym wśród wielu tysięcy ludzi. Stać się w jednej chwili prześladowanym i napiętnowanym z powodu rodowodu...
– Chyba kazałem ci się zamknąć...
– To się nazywa szczęście w nieszczęściu – poprawiła z uśmiechem dziewczyna o hebanowych włosach.
– Raczej piekło – odparł Fatum.
– Eniel, naprawdę masz ten tatuaż? – Rain nagle zmienił temat.
– Mam – odpowiedział bez namysłu. – Ale co ci do tego?! – wybuchł.
– Tatuaż? Gdzie go masz? – Tiara z nieukrywaną ciekawością zaczęła szukać wzrokiem miejsca na najemniku, w którym mogłoby skryć się malowidło.
– Poniżej pasa! – warknął.
– Naprawdę? – złapała go za spodnie nie krępując się zbytnio. Dopiero po chwili doszło do niej, co takiego właściwie robi. Poczerwieniała.
– Nie biję kobiet, ale ręka mnie teraz świerzbi... – spiorunował ją rozsierdzonym wzrokiem – Lepiej mnie zostaw, tak dla własnego dobra, dobrze?
– Jesteś bardzo drażliwy... – podsunął dziesięciolatek.
– Założę się, że jeszcze kiedyś skopię ci tyłek... – odgryzła się. – Prawda? – pytanie o przyszłość poleciało do chłopca z niezwykłym darem.
– Niczego nie możemy być pewni... – wzruszył ramionami. – Wyglądacie na zmęczonych. Nie chcielibyście odpocząć?
– Od niego na pewno – niewiasta spojrzała z gniewem na tajemniczego Eniela.
– Zakonni z chęcią was ugoszczą i nakarmią, nie mówiąc już nawet o noclegu.
– Ja skorzystam – stwierdził Fatum, rozglądając się po ogrodzie. Gdy spojrzał w górę dostrzegł, że znajdują się pod gołym niebem. – Czy to iluzja?
– Nie, ten szczyt górski jest jak wulkan. Ten ogród jest jakby w jego leju.
– To może zamiast się tak zachwycać niebieską plamą w górze, skorzystamy z konsumpcyjnych dobroci klasztoru – wtrąciła dziewczyna.
– Twój umysł jest zamknięty na piękno – powiedział to takim tonem, jakby chciał zwyzywać znajomą.
– To twój czerp jest zamknięty na piękno – wskazała na siebie i uniosła nos do góry, jak szlachcianka.
– Ludzie powinni prezentować sobą powab wewnętrzny. Co z tego, że jesteś ładna, kiedy zarazem arogancka i pyszna? Tylko durnie zachwycają się takimi jak ty – ominął ją i wyszedł z pomieszczenia.
– Tiara ścisnęła pięści ze złości. Zaczęła się trząść targana nerwami.
Ma przyszłość, którą łatwo przewidzieć. Zabiję go własnoręcznie! – wybuchła, dalej stojąc w miejscu.






011. Połów

czwartek, 21.października.2010, 17:12
Po trzech godzinach piaszczysta droga zamieniła się w wydeptaną trawę.
Zieleni było mnóstwo. Pachniała świeżością, budząc energię. Jednak nie na każdego miało to wpływ.
Tiara przespała cały ten czas na plecach Fatuma. Pierwszy raz pomyślał, że jest jak mała dziewczynka. W dodatku delikatna, lecz kapryśna jak pogoda.
Nagle niewiasta ziewnęła głośno i przeciągnęła się leniwie.
– Wystarczy. Koń musi odpocząć, a my coś zjeść – zatrzymała swojego przewodnika podróży. Kiedy jednak zeskoczyła na podłoże, odkryła nieciekawy fakt.
Sakwa przymocowana do wierzchowca przedarła się na spodzie. Zgubili żywność w drodze.
– Znowu jesteśmy w dupie... – w zrezygnowaniu przysiadła na glebie.
– Lubisz ryby? – zapytał, patrząc na nią. – Widać jezioro – wyciągnął rękę, wskazując położony niecałe dwieście metrów dalej zbiornik wodny.
– Ryby? Optymista. Żadnej nie złapię! – krzyknęła w podenerwowaniu.
– Może ty nie, ale ja pewnie złapię kilka.
– Jak? Nie masz wędki! – spojrzała na niego podejrzliwie.
– Gołymi rękami. Ty nigdy tak nie łowiłaś? Stoi się nieruchomo w wodzie i kiedy ryba podpływa, po prostu się ją łapie – zeskoczył z wierzchowca.
– Żartujesz... – po wyrazie twarzy było widać, że uznała pomysł za idiotyczny. Mimo to wstała i zaczęła podążać ku lśniącej w słońcu wodzie. Jezioro było niczym lustro, które ktoś porzucił w zielonym dywanie.
– Jak pięknie! – uśmiechnęła się do siebie. Podeszła do samego brzegu i zaczęła się rozglądać. – Pokaż, jak to się robi!
Mężczyzna uwiązał lejce do drzewa po czym podszedł do zbiornika. Ściągnął buty i podciągnął szarawary, by następnie wejść do chłodnej wody.
– Po prostu stoisz bez ruchu. A, że wszędzie tu są ryby... – rozejrzał się – więc tym bardziej to nie powinno być trudne. Oczywiście musisz łapać mocno, bo ryby mogą po prostu się wyślizgnąć – pochylił się lekko. – Podróżujesz, a nie potrafisz tak podstawowych rzeczy?
– Wędruję od niedawna – odpowiedziała.
Ściągnęła z siebie fiołkowe kimono, które stanowczo przeszkadzałoby jej w czynności. Pod spodem miała białą sukienkę do kolan na ramiączkach, przystrojonych w dwie kokardy. Nie miała nic wspólnego ze wschodnim stylem. Z porzuconej yukaty wypełzła biała żmija i znikła gdzieś w zaroślach.
– Zimna! – zamoczyła jedną stopę i zaraz cofnęła.
– Wychodzi na to, że panna boi się zmarznąć i zamoczyć. Nie nadajesz się do podróżowania, skoro jesteś wrażliwa na coś takiego – powiedział, nie ruszając się.
W ułamku sekundy pochylił się jednak. Chwycił rybi ogon i wyrzucił zwierze na brzeg.
– Czasem korzystam z takich metod, kiedy czuję, że wypada mi z rąk. Staram się wtedy, żeby wyślizgnęła się nie prędzej, niż powinna – wytłumaczył jeszcze.
– Jesteś przemądrzały! – odgryzła się, ale jego słowa sprawiły, że nabrała odwagi i od razu weszła do wody.
Upatrzyła nawet ofiarę. Zaczaiła się i pospiesznie próbowała ją schwytać z marnym skutkiem.
– Mówiłem, żebyś się nie ruszała. Na dodatek tak gwałtownie weszłaś, że się przepłoszyły. Nie rób tyle hałasu. W sumie widać, że masz małe doświadczenie...
– Bo wychowałam się na ulicy, a nie w buszu, królu ryb – ponownie się odgryzła. W tonie głosu sympatia mieszała się z szczyptą przekory. Ponadto, skupienie przy wypatrywaniu obiadu wyglądało wdzięcznie, a wręcz uroczo.
– Mimo wszystko nie wyglądasz na człowieka ulicy.
– Chodzi ci o to, że nie chodzę brudna? – zapytała podejrzliwie.
– Nie, jesteś trochę zbyt delikatna. Nawet jak na pijącą piwo niczym rasowy chłop pańszczyźniany.
– Delikatna? Przecież jestem złodziejką... – poprawiła go. – Mam! Mam! – złapała jakąś sztukę. Jednak po chwili okaz wyśliznął się z dłoni. – Miałam...
– Fakt, takie zachowanie nie uchodzi kobiecie. A co do ryb... nauczysz się. Kiedy w ogóle przylepił się do ciebie Kiro?
– To był przypadek. Przeklinam ten dzień, aczkolwiek on się przydaje. Dobrze walczy. To było jakiś miesiąc temu. Obronił mnie przed dwoma napastnikami, którzy chcieli się zabawić moim kosztem. Jak tylko ich pokonał, przyznał, że po prostu chciał się przyłączyć do gry. Powiedział, że nie obchodzi go dokąd pójdzie. Łazi za mną bez powodu... – wyjaśniła mu ogół relacji.
– I naprawdę tak ciężko jest ci uciec przed ślepcem?
– Nawet nie wiesz, jaki on jest cholernie sprytny! Kto wie, może już siedzi w najbliższych krzakach! – rozejrzała się gorączkowo.
– Coś wątpię. Dlaczego po prostu nie każesz mu się odchrzanić?
– Kazałam mu, ale... Już to mówiłam, jest przydatny. Tak jest bezpieczniej, ze względu na to, co robię – zrezygnowana wyszła z wody i usiadła na kamieniu. Chwyciła jedną z złapanych ryb i zaczęła oporządzać.
– Masz na myśli złodziejski fach? Nigdy się do tego nie zniżałem, więc nie wiem o nim nic poza tym, że po prostu się kradnie.
Tiara się zasmuciła. – To mój sposób na życie.
– Trzeba jakiś znaleźć. Ja żyję koczownictwem i najmowaniem się.
– Uważasz mnie za gorszą od siebie, prawda? - na twarzy Tiary pojawił się grymas.
– Dlaczego tak sądzisz? Może mniej przystosowaną, bardziej pyskatą, ale... każdy ma jakieś swoje ja – odrzekł wprost, podrzucając trzecią zdobycz.
– Zupełnie ciebie nie rozumiem. Najpierw gardzisz mną, a teraz... bronisz? – zdziwienie pojawiło się na ustach dziewczyny. Łuski pryskały na ubranie, mimo iż robotę wykonywała w sporej odległości od siebie. Biała sukienka wydawała się być teraz cenna, z dodatkiem srebra i brylantyny. Tak trudno było odgadnąć jej myśli z wyrazu twarzy. Nie była zła, nie była też wesoła. Raczej skupiona i sporadycznie zerkająca na niego.
– Jedynie próbuję cię wysłuchać i zrozumieć. To prawda, że nie jesteś dla mnie wzorem cnót, podobnie jak cała reszta tobie podobnych, ale co poradzić. Istniejecie.
– Jaki świat byłby nudny, gdyby zapełnił się samymi ideałami – zironizowała, po czym zmieniła temat – Wystarczy nam chyba tyle ryb.
– Niewątpliwie – wyszedł z wody. – Pochodzisz z tego kraju?
– Pewnie chodzi ci o ten strój... – zerknęła na porzucone kimono. – To tylko pamiątka po mojej matce. Ona pochodziła ze wschodu, a mieszkaliśmy przy granicy – kobieta podała mu dwa grubsze patyki. Uznała, że się domyśli, że chodzi o ponowne rozpalenie ognia.
– Sierota? – wrzucił płonące gałązki do przygotowanego paleniska.
– Nie do końca – wyglądała na rozgoryczoną. – Mam jeszcze ojca, ale nie powinnam go tak nazywać.
– Yhym – mruknął jedynie. – No nic, jesteś dorosła. Nawet jakby było idealnie, najwyższy czas na opuszczenie rodzinnego domu.
– Nie rozumiesz. Po śmierci mojej matki, ON załamał się psychicznie. Rzucił pracę i zaczął pić. Stoczył się na dno – nie spuszczała wzroku z ziemi. – Wtedy nauczył nas z braciszkiem tego fachu. Kradliśmy lub żebraliśmy. Prócz tego zajmowałam się domem. Kiedy przynosiliśmy za mało kosztowności, był wściekły i bił nas. Wreszcie go zamknęli, a nas odesłali do sierocińca.
– Przecież nie pytałem o szczegóły. Nie musisz mówić o tym, co sprawia ci przykrość – wyłożył się na trawie, obserwując niebo. – Nikt nie musi wracać do przeszłości.
– Po prostu chcę odnaleźć brata – usprawiedliwiła się – Tak bardzo chcę, że nie potrafię myśleć o niczym innym.
Wiatr zachodni powiał mocniej, podsycając żółte płomienie. Dziewczyna obróciła ryby na surową stronę. Jedzenie powoli uwalniało zapachy, a żołądki coraz bardziej zaczynały dokuczać.
– Więc ktoś go adoptował – wywnioskował. – To w sumie dobrze. Chyba, że uciekł.
– Nie wiem, to słabeusz – nadęła poliki jak dziecko. – Nie miał tyle odwagi, co ja. Ucieczka z sierocińca była wspaniała... – w pewnym sensie się tym chełpiła. – Jak go zobaczę, od razu go rozpoznam – uśmiechnęła się.
– Niewątpliwie – mruknął. – Z drugiej strony jednak, skoro jesteś spod granicy, dlaczego szukasz w centrum państwa?
– Mam przeczucie. Poza tym... wiem, że jego nowa rodzina gdzieś tu mieszkała. Najpierw jednak muszę się wzbogacić. Pokażę mu, że jego siostra doszła do czegoś.
– Ambitnie... – skrzywił się. – Jakby nie było, jakiś plan masz...
– A ty? Jak na razie, tylko ja się udzielam. Jaki masz plany życiowe? – spoglądnęła podejrzliwie.
– Moje plany? Podróżować, aż ktoś mnie nie zabije albo coś nie pożre. Ot i wszystko – wzruszył ramionami.
– Najlepiej iść przed siebie! – wzniosła zwycięską pięść.






010. Początek podróży

czwartek, 14.października.2010, 20:27
Poranne słońce przedzierające się przez zszarzałe firanki, obudziło namiestnika.
Wiedział, że nadszedł dzień, w którym musiał opuścić miasto. Właściwie należałoby dodać: zatłoczone, śmierdzące, głośne miasto.
Tym bardziej, gdy wyznaczył sobie nowy cel podróży. Wieści o skarbie były nader fascynujące i choć Fatum nie zamierzał ich sobie przywłaszczać, to instynkt nakazywał zaspokoić ciekawość.
Dlaczego mnisi ukrywali złoto? A może było to coś całkiem innego? Na te pytania pragnął znaleźć odpowiedź.
Zapłaciwszy należność za nocleg, wyszedł na ulicę. Szybkim krokiem ruszył ku budynkowi na obrzeżach miasta, na którym wisiał podniszczony szyld z niedbale wymalowanym koniem.
Wszedł do sklepu. Niemalże natychmiast do jego nozdrzy dotarł charakterystyczny zapach sprzedawanych tu zwierząt. Za ladą zastał średniego wzrostu mężczyznę o słusznej posturze oraz okularach, których szkła były grubości denek słoików. Fatum wątpił, aby handlarz był wprawionym jeźdźcem.

* * *

Wyszedł ze stajni z nietęgą miną, powtarzając wściekle pod nosem:
– Piętnaście tysięcy za konia.... chyba z rodowodem!
Niestety taką cenę miały najtańsze wierzchowce handlarza, które były w stanie ruszyć w podróż w stronę gór. Mimo długich prób zbicia ceny, nie udało się. Musiał iść pieszo.
Gdy tylko opuścił aglomerację miejską, doznał niesamowitej ulgi.
Koniec z pokrzykiwaniem nieznośnych małolat, lamentującymi cycatymi barmankami i innymi dziwactwami.
Nowy lepszy dzień. Ścieżka prosta i piaszczysta. Niebo przejrzyste i otwarte na długie wycieczki.
– Ci dwoje... ciekawe, o której wyruszą? – To było prawie jak wyścig. Tylko w tych zawodach, to on jest odważnym, krzepkim mężczyzną. Jakże mogliby mu dorównać: pijana dziewczynka i ślepy mnich? Fatum wzniósł dumnie głowę.
– Halo? Dopiero wstałeś? – znajomy głos wyrwał go z zamyślenia. Tiara i Kiro... na dodatek mieli konie.
– A skądże – prychnął na nią. – Już ze dwie godziny jestem na nogach. Zresztą, nie muszę się wam tłumaczyć. Raczej wy powiedzcie, skąd te konie.
– Kupiliśmy sobie! Mnichu, jak je nazwiemy? – dziewczyna podrapała się po głowie.
– Guichi i Kiko – Roniri bez zastanowienia odpowiedział.
– Dokładnie tak! Piękny dzień na przygodę! – niewiasta wyciągnęła ręce do nieba i przeciągnęła się, ziewając.
– Skąd mieliście pieniądze?! – wzburzył się.
– Co ci do tego, wieczny gburze? Nie dam ci skonfiskować konia! – Tiara wyciągnęła dwa ciastka owsiane z sakwy przymocowanej do klaczy. Jedno podarowała zwierzęciu, a drugie zjadła sama. Worek był wypełniony. Jedzenie także musieli nabyć z samego ranka.
– Nie jestem gburem. Ty jesteś zapijaczonym, niekulturalnym chłopem w ciele kobiety. Jeszcze nigdy nie miałem do czynienia z taką jak ty. Jesteś najgorszym przypadkiem!
– Coś ty powiedział? Za to ty... – nadęła policzki, próbując powiedzieć coś niemiłego – ...jesteś chamskim pedziem! – wybuchła wreszcie. – W młodości bili cię po głowie, dlatego mądrością nie grzeszysz! – obróciła się plecami do niego, żeby nie widział, jaką przykrość sprawił swoimi słowami. Starała się być twarda i niewzruszona w jego oczach.
– Nic nie wiesz na temat mojego dzieciństwa, więc nie zapędzaj się tak! To, co mówię, wynika z moich obserwacji, ty chcesz jedynie odszczekać się jak bachor.
– No i dobrze! Pępek świata! Mów co chcesz! Nie rusza mnie już twoja zaczepka – Tiara wsiadła na swojego wierzchowca. Jej twarz sugerowała, że czuła się skrzywdzona – Zbieraj się, Kiro! Przeszkadzasz panu egoiście być sam ze sobą – rzuciła na odchodne.
– Oboje zachowujecie się nie na swój wiek – podsumował.
– Ja? Chyba kpisz – Fatum ruszył przed siebie nie żegnając się.
Niewidomy zakonnik zasiadł na grzbiecie rumaka przywiązanego wodzami do pierwszego konia, na którym zasiadała Tiara. Dziewczyna ruszyła, wymijając bez słowa upartego szatyna. Odległość między nimi powoli rosła.
– Kiro, mam wrażenie, że nie czujesz się w siodle zbyt pewnie...! – zawołał za nimi namiestnik, widząc, jak duchowny powoli zsuwa się z konia.
– Bo nie widzę konia! Ani drogi! – zawołał za nim w odpowiedzi.
– Po prostu trzymaj się mocniej... jedną ręką chwyć siodło i przyciśnij łydki do jego brzucha...
– Świetnie, już zaczynam łapać! Dzięki! – zakonnik zawołał wesoło.
W tym momencie Tiara zatrzymała zwierzęta.
– Co się tak o niego troszczysz? A może jednak jesteś homo? W takim razie proponuję, abyś usiadł z nim razem! – dziewucha pokazała mu język.
– Jest niewidomy, chyba nie chcesz, żeby spadł po drodze? Jak koń się wystraszy, może nawet rozdeptać.
– Szczerze? Nie zależy mi na nim – odpowiedziała i na chwile zeszła na ziemię, czekając, aż Fatum podejdzie.
– Tiara, zawsze jesteś taka niemiła – jej przyjaciel posmutniał teatralnie i skrzywił zabawnie usta.
– Na to, że to kretyn, nic ci nie poradzę – stanął przed nią. – Ale, przynajmniej w twoim przypadku, mnich może być przydatny, skoro wybierasz się do zakonu.
– Wsiadaj i przestań chrzanić, bo się rozmyślę – wskazała konia Ronirego. Była jeszcze trochę zła za poprzednie. – A jeżeli myślisz, że nas wystawisz i sam zgarniesz łup, to się grubo mylisz – mrugnęła dwojgiem przenikliwych oczu, oczekując jego reakcji.
– Nie chcę zabierać skarbu. Jestem tylko ciekawy, czy to prawda – odparł krótko i wskoczył na konia, siadając przez mnichem.
– Ciekawość to pierwszy stopię do piekła – kobieta odwiązała wodze od konia prowadzącego i podała Fatumowi. Po chwili weszła na grzbiet kasztanowej klaczy i stuknęła piętami. Wyruszyli kłusem, milcząc.
– Ładny mamy dzień, prawda? Mógłbyś mi opisać, co widzisz? – mnich nie wiedział jak nawiązać rozmowę. Zaczął najłatwiej.
Mężczyzna wzniósł głowę ku niebu – Przejrzyste niebo w kolorze błękitu. Gdzieniegdzie chmury o różnych odcieniach srebra i szarości. Delikatne podmuchy wiatru uderzają o liście wprawiając je w ruch... naprawdę ładna pogoda – zgodził się – Szkoda tylko, że plecy pyskatej dziewuchy zasłaniają mi widok...
Kiro złapał mocniej za jego klatkę piersiową i począł jakby czegoś szukać. Najpierw w górę, potem w dół.
– Jesteś naprawdę dobrze zbudowany. Płaski brzuch i silne uda – miejsca, o których mówił, wskazywał dotykiem.
– Fakt, że jestem elementem natury nie sprawia, że możesz mnie macać. Zabierz te łapy! Mieliśmy rozmawiać o pogodzie.
Roniri położył dłonie na jego ramionach. – Tak będzie dobrze? – zrobił niewinną minę.
– Lepiej – skwitował krótko. – I nie próbuj tego więcej, bo przeze mnie nie wylądujesz na ziemi.
– Dobrze – odpowiedział grzecznie, ale po chwili dmuchnął mu leciutko w prawe ucho.
– Co tym razem? – zwrócił lekko głowę w stronę towarzysza.
– Może nie masz piersi jak Tiara, ale też jesteś niczego sobie – mnich ponownie złapał go w pasie.
– Jestem facetem! Daruj sobie ten podryw...
Roniri położył swoją głowę na ramieniu Fatuma. – Robisz się dla mnie oschły – mruknął.
– Jestem oschły i z nikim się nie przyjaźnię. Potrzebujesz więcej wyjaśnień?
– Możemy przecież się zaprzyjaźnić – wesoły mniszek nie rezygnował.
– Ale ja nie chcę. Poza tym podróżujemy razem tylko do klasztoru. Potem nasze drogi się rozejdą i już nigdy się nie spotkamy.
– Żartujesz?! To było przeznaczenie, tak łatwo się od niego nie uwolnisz – klepnął go drażliwie w jeden pośladek.
Fatum wyprostował się na koniu, po czym w następnym odruchu odchylił się nieco w stronę mnicha i strzelił mu w twarz – JESZCZE RAZ! – ostrzegł go.
Tiara podjechała do nich bliżej, szczerząc się od ucha do ucha. – Chyba już wiesz, dlaczego wolałam kupić dwa konie – powiedziała sarkastycznie. – Jesteś starym zboczeńcem, Kiro. Potrafisz być bardziej irytujący niż Fatum – pogardziła całą sytuacją.
– Nieprawda. Jestem tylko biednym ślepcem i próbowałem pogłaskać konia! – przekonywał.
– Koń ma zad z tyłu, a nie z przodu... – z zniesmaczeniem zmierzyła go wzrokiem.
– W ogóle mnie nie znasz. Jestem dla ciebie równie irytujący co ty dla mnie. Nam obojgu nie pasuje swoje towarzystwo. Gdyby nie stary Tolo, może nigdy byśmy się nie spotkali.
– Chyba naprawdę nie lubisz kobiet...
– Nie lubię ludzi, nie ufam im – odpowiedział krótko.
– To masz duży problem – podsumowała.
Zakonnik tymczasem przysunął się bardzo blisko Fatuma, niemal przylegał do niego całym ciałem. Liczył, że rycerz tego nie zauważy.
– Nie uważam tego za problem. Nigdy nie potrzebowałem drugiego człowieka, odkąd pamiętam wychowywałem się w miejscu takim jak to – rozejrzał się po lesie.
– Więc twoja arogancja jest usprawiedliwiona! – chciała, jak najszybciej skończyć burzliwy temat.
– Fatum jest bardzo mądrym i przystojnym młodzieńcem – wtrącił zakonnik.
– Więc macaj go dalej, jak teraz – zwróciła uwagę na kolejne podejrzane ruchy Ronirego.
– Jeśli zaraz nie usiądziesz na swoim miejscu, zobaczysz też, jaki jestem silny... – warknął ten, o którym mówił duchowny.
– Nie ufam tobie i twoim wykrętom. Powinieneś to zrozumieć.
– Ludzi trzeba akceptować z wadami. Skoro wybrałeś mnie, to znaczy, że powinieneś – oświadczył otwarcie.
– Gdybym wiedział, że będziesz mnie macać, usiadłbym z nią!
– Och, proszę! Nawet ja znam ten ból. Chcesz się przesiąść, droga wolna. Wykażę trochę współczucia.
– Nie! Nie opuszczaj mnie! Jestem tylko niewidomym, godnym litości mnichem! Nie umiem sam jeździć – chwycił go mocno i nie chciał puścić.
– Spaaadaj... – dłonie rycerza stały się gorące. W momencie, gdy dotknął zakonnika, ten musiał go puścić. Wtedy szybko zeskoczył i jednym susem podciągnął się i zasiadł tuż za Tiarą. – Po prostu trzymaj się mocno łydkami.
– Mam lepszy pomysł – dziewczyna na chwilę zeskoczyła. Podniosła z ziemi długą, giętką gałąź, leżącą nieopodal. Skierowała wierzchowca Kiro w kierunku pola i uderzyła z całej siły w koński zad. Rumak w popłochu zaczął biec przed siebie, bezlitośnie podrzucając mnicha. Mężczyzna zaczął krzyczeć, ale nie spadał. Panna obserwowała wszystko z daleka.
– A jednak się trzyma. Mamy go z głowy na parę godzin – podeszła do klaczki i usiadła za Fatumem. – Ty prowadzisz, ja jestem trochę zmęczona – oddała mu dowództwo.
– Przecież dopiero ranek! Już jesteś śpiąca?
– Po wczoraj... – mruknęła i oparła delikatnie głowę o jego plecy.
– Trzeba było nie pić. Jesteś pewna, że nic mu się nie stanie?
– Dlaczego się tak nim przejmujesz? Przecież jest irytujący, a ty nie lubisz ludzi – nie rozumiała jego troski.
– Tak, masz rację – strzelił lejcami, nakłaniając zwierzę do kłusa. – Ten człowiek to nie moja sprawa.
– Chociaż raz doszliśmy do porozumienia – kobieta westchnęła ciężko.






009. Historia z tawerny

poniedziałek, 11.października.2010, 22:05
Reakcja burmistrza na wieść o oszustwach starej wiedźmy była oczywista.
Velvet nie zdołała wywinąć się od kary, obiecując, że rzuci na miasto klątwę. Już nikt nie wierzył w jej niewinność i wielką moc. Nagle wszyscy przesądni mieszkańcy miasta stali się zagorzałymi przeciwnikami zabobonów.
Fatum otrzymał od burmistrza siedem tysięcy dublonów. Drugie tyle otrzymał od kupców, wdzięcznych za odzyskanie ich majątków. Młody rycerz zrezygnował jednak z odebrania nagrody pochodzącej od sprzedawców i poprosił, aby pieniądze te zostały przekazane biedakom, tłumacząc, że potrzebują wsparcia bardziej, niż on.

* * *

Ludzie w tawernach świętowali uwolnienie miasta od złych duchów. W jednej z nich znajdował się Fatum, nie podzielający entuzjazmu otoczenia. Wraz z nich przyplątało się dwóch niechcianych towarzyszy.
Z nasuniętym na głowie kapturem wpatrywał się w szklankę z sokiem jakby siłą woli chciał ją przesunąć. Jak zwykle był zamyślony.
Kelnerka o obfitym biuście zbliżyła się do trójki ludzi, siedzących w milczeniu przy stole.
– Podać coś jeszcze? Może do jedzenia? – ukradkiem spojrzała na rycerza, a potem na resztę.
– Jakaś kanapka – odparł Fatum z lekkim znużeniem. – I adres jakiegoś hodowcy koni, który w miarę tanio sprzedaje...
– W porządku – zaśmiała się, widząc brak energii Fatuma. – A dla was?
– Kufel piwa poproszę – wybrał mnich.
– To ja... dwa piwa! – dziewczyna chciała być lepsza.
– Rozumiem, rozumiem – zapisała zamówienie.
– Ten ponury pan stawia – czarnowłosa złodziejka wskazała na głowę ukrytą w kapturze.
– Nie będę stawiał nikomu posiłku ani napitku. Tym bardziej, kiedy jest to piwo. Obrzydliwe, nie macie szacunku do siebie i do innych. Nie chcę siedzieć wśród takich ludzi.
– Mężczyzna powinien stawiać kobiecie jak kultura przystoi. Nie to nie – wygrzebała spod ubrania całkiem pokaźny worek monet. Tymczasem przyszło zamówienie, za które od razu zapłaciła. – Na zdrowie, panowie! – powiedziała do wszystkich w barze i wstała. Wzniosła wysoko szklankę z alkoholem. Panowie w karczmie również. Popili.
– Ta to ma wzięcie... – westchnął Roniri i zamoczył usta w białej pianie.
– Nie przeżywaj tego tak – Fatum westchnął lekko.
Jego uwagę zwróciła spora grupka mężczyzn w różnym wieku, opowiadający sobie jakąś historię. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że słuchający byli zbyt zainteresowani i poważni jak na zwykłe tematy „do kufla”. Młodzian rozważał więc, czy nie powinien dosiąść się do reszty i wysłuchać tego, co mają do powiedzenia.
– Łatwo ci mówić. Jestem tylko biednym ślepym mnichem – odpowiedział na jego słowa.
– A wy, co tacy wycieńczeni? Trzeba się bawić! Pokażę wam, jak to się robi! – Tiara stanęła na krzesło i wypiła duszkiem piwo. Mężczyźni dookoła zaczęli głośno ją oklaskiwać. Dziewczyna skłoniła się i usiadła ponownie, chwytając za drugi kufel.
– Naprawdę sądzisz, że to przystoi damie? Ach, zresztą... i tak nie jesteś damą. Właściwie to nawet teraz ciężko nazwać ciebie kobietą, skoro zachowujesz się jak prostacki chłop – Fatum ruszył w stronę rozgadanego stolika.
– No, no. Słyszałeś go? – dziewczyna zwróciła uwagę Kiro – Prawdziwy mężczyzna, który elokwentnie wypowiada się przy pannie, nie uwłaczając jej godności – jej policzki nabrały rumieńców.
– Co racja, to racja – przytaknął jej spolegliwy partner.
– Jaka niby panna... – mruknął do siebie rycerz – raszpla – dokończył już w myślach. – Panowie, można się dosiąść? Widziałem, że rozmawialiście na jakiś ciekawy temat.
Nie odpowiedzieli mu, a jedynie badawczo zmierzyli wzrokiem. Wtedy Fatum nie miał już wyboru. Wyciągnął z kieszeni parę monet i położył na stole.
– Stawiam po piwie – oznajmił niechętnie.
– Gdzie się podziewałeś? Czekaliśmy na ciebie! – nagle wszyscy przywitali go z entuzjazmem.
– O czym rozmawiacie?
– O skarbie mnichów z gór Vanit! Podobno kryją w klasztorze bogactwa...
– To bardzo ciekawe -Tiara znalazła się za plecami najemnika o niebieskich oczach i uwiesiła się na jego ramionach. Nawet laik mógłby zauważyć, że była "lekko" podchmielona.
– Chętnie pogadamy z taką ślicznotką – jeden z nieznajomych wskazał swoje kolana, sugerując, aby usiadła.
– Hej, Fatum, nie będziesz zazdrosny, jeśli na chwilę cię opuszczę? – powiedziała z filuternym uśmiechem i skorzystała z zaproszenia.
– Ledwo wiem jak się nazywasz i nie obchodzi mnie, co robisz. Tu nie ma miejsca na zazdrość.
– W każdym razie przy małym jeziorze o czarnym, błyszczącym dnie znajduje się klasztor Solarisa. Przetrzymują tam kosztowności. Wszyscy o tym wiedzą, chociaż mnisi zaprzeczają. Niejeden jednak słyszał, jak rozmawiali ze sobą o jakimś wielkim skarbie, który "na szczęście" jest u nich.
– Pieniążki? A jak tam trafić? Narysujecie mi mapę? – dziewczyna stała się bezpośrednia.
– No za ładne buzi, to kto wie – obcy tuż koło niej wysunął propozycję, patrząc dwuznacznie na wspólników.
– A tak po prostu, to nie można? – wtrącił młody najemnik.
– Zapłać. Tu się nic za darmo nie dostaje – mężczyzna z drobnym zarostem, siedzący naprzeciw, ujął to ekonomicznie.
– Dzięki mnie miasto pozbyło się tej starej baby, która oszukiwała każdego z was. I co, odwdzięczylibyście się.
– Jesteś zabawny. Nie słyszysz, co powiedział mój przyjaciel? – Tiara odważnie postawiła jedną nogę na stół, ukazując gładkie udo.
– To ja już zacznę rysować... – odpowiedział ten najbliżej jej.
– Lepiej się pospiesz, bo się rozmyślę – mrugnęła mu kokieteryjnie.
Fatum zrozumiał. Pijany facet ma w głowie tylko żądze. A kobieta? Była przebiegła. Plusem było przynajmniej, że zdobędzie mapę.
– Mam tego dość – najemnik wstał. – Lenioe, mam do ciebie interes.
– Jak interes, to słucham uważnie – mówiąc to, przygotowywała przy barze kolejną kolejkę trunków.
– Wiesz może gdzie jest klasztor Solarisa w górach Vanit? Podobno wszyscy tutejsi wiedzą.
– Zakon? Nigdy mnie to nie interesowało, ale mogę spytać.
– Byłby mi to bardzo pomocne... chciałbym się tam wybrać.
– Tak? – podeszła do niego bliżej, niż się tego spodziewał. – A co dostanę w zamian? – niejednoznacznie zagryzła swoje słodkie wargi.
– Zależy co chciałabyś dostać. Jeszcze trochę mogę wydać, ale muszę przyoszczędzić. Wciąż chcę kupić konia.
– Czy wspominałam coś o mamonie? – chwyciła go za ramiona i przyciągnęła do siebie, świdrując zmysłowo wzrokiem.
– Raczej nie, ale o niczym innym też nic nie wspomniałaś...
– Czy muszę coś mówić? Możemy po prostu to zrobić – bez skrępowania wytłumaczyła, co chodzi jej po głowie. Fatum podobał kelnerce. Od pierwszego spotkania poczuła ściskanie w brzuchu i emocję, które paliły serce. Normalny mężczyzna byłby idiotą, gdyby nie skorzystał.
– Nie sądzę, aby to był dobry pomysł...
– Dlaczego!? – jej oczy błysły żalem. Nie znała powodu.
– Hej, panie ignorancie! – tymczasem Tiara pojawiła się niedaleko, machając świstkiem papieru do rycerza. Na jej twarzy malowało się zadowolenie z samej siebie.
– Rozumiem... – kobieta spokorniała, widząc czarnowłosą. Była zazdrosna o konkurentkę. Tak właśnie potraktowała młodą, figlarną dziewczynę.
– Co? Ja z nią? – tym razem rycerz zrozumiał od razu – W życiu i nigdy! Ta kobieta ma gorsze maniery niż niejeden pijak w tej tawernie. Ja ciebie szanuję i choćby dlatego nie chcę tego robić. Zasługujesz na mężczyznę, który cię pokocha, zamiast umawiać się z różnymi na TAKIE spotkania... to uwłacza twojej godności!
– Mówisz tak, żeby było mi łatwiej. Dziękuję za troskę – powiedziała niemal ze łzami w oczach.
– Hej, panienko! Jeszcze jedno piwko! – Tiara dodatkowo bezczelnie na nią skinęła. W rezultacie Lenioe uciekła z płaczem.
– Czemu muszę to robić... – Fatum ruszył za kobietą.

* * *

Kelnerka siedziała w kącie kuchni i ocierała policzki szmatką, próbując się uspokoić.
– Nie powinnaś płakać – rycerz usiadł naprzeciwko – Nie chciałem cię w żaden sposób urazić. Jeśli o mnie chodzi, mogę przysięgnąć, że nigdy nie poszedłem ani nie poszedłbym z kobietą do łóżka ledwo ją znając. Nie jestem taki.
– Możemy się poznać bardziej – wyjęknęła, pociągając nosem.
– Nie osiadam w miastach na dłużej. Podróżuję i nie zagrzewam nigdzie miejsca. A co do tej kobiety, pamiętasz jak mówiłem, że nie piję piwa? Myślisz, że byłbym w stanie umówić się z kobietą, która pije jedno po drugim? Wykluczone.
– A jeżeli... poszłabym za tobą?
– To tylko chwilowe zauroczenie – położył dłonie na jej policzkach i przetarł łzy. – Poza tym ze mną to tak jest, że w każdej chwili może mnie rozerwać niedźwiedź albo dopaść ryś. Nie warto zawracać sobie głowę kimś takim jak ja. Nie jestem nawet w stanie wyżywić samego siebie, a co dopiero drugą osobę.
– Poprawiasz mi humor. Czy... mogłabym chwilowo zostać sama?
– Oczywiście – skinął głową, po czym wyszedł z zaplecza.

* * *

Stół okupowany przez mnicha i złodziejkę stanowił istne pobojowisko. Dziewczyna leżała nieruchomo z twarzą wbitą w blat. Roniri natomiast grzecznie sączył sok czerwonego koloru.
W barze zrobiło się ciszej. Goście znikali.
– Śpi? – rycerz zapytał zakonnika.
– Chyba jest pijana na amen – potwierdził duchowny. Wcale nie wyglądał na podpitego. Wręcz odwrotnie. Wyprostowany, poważny jak nigdy. – Ten skarb, to może być coś interesującego. Mam dobry słuch – uśmiechnął się i pokazał swoje ucho. – Przez to, że mój jeden zmysł jest uśpiony, inne znacznie się wyostrzyły – wyklarował.
Słowa duchownego miały sens. To tłumaczyło, dlaczego był tak precyzyjny podczas pojedynku w lesie i przeczulony na każdy szmer. Dopiero w tej chwili Fatum zrozumiał, jak mało ich zna i to pod każdym względem.
– Możliwe, dlatego chcę zobaczyć, czy to prawda i jeśli tak, co to jest. To dość niepodobne do mnichów Solarisa, aby przetrzymywać kosztowności.
Mnich ziewnął. – Nie znasz zakonników. Też jesteśmy ludźmi – wstał nagle. – Trzeba się zbierać. Jak poniesiesz ją do samej sypialni, to dam ci skopiować ten plan – pomachał jakimś pergaminem. Najprawdopodobniej tym, którym wcześniej chwaliła się Tiara. – Dobijemy targu?
– Niech tak będzie.






008. Duchy w lesie

sobota, 9.października.2010, 20:46
Słońce ustąpiło miejsca księżycowi szybciej, niż mógłby się tego spodziewać.
W lustrze odbijała się twarz młodego, pełnego wigoru mężczyzny. Jego kasztanowe włosy zaplecione były w dwa sięgające za pas warkocze.
Odziany w długi, rozkloszowany od bioder płaszcz, sprawdzał swoje wyposażenie. Dwa sztylety po bokach, miecz przewieszony przez plecy... wszystko na miejscu.
Ile ich będzie? – Powinien dać sobie radę nawet z paroma. Nie mógł tego rzucić, bo 20 000 przeszłoby mu koło nosa.
Nawet jeśli zginie, kto by się tym przejmował, skoro nawet jemu samemu było to obojętne. Nikt go nie znał, więc nikt nie będzie za nim tęsknił, wspominał, płakał. Brzmiało przykro, ale Fatumowi przynosiło ulgę.

* * *

Znalazł się na jednej z dróg prowadzących do miasta.
U kresu wielohektarowego lasu czuł, że może być zaatakowany z każdej strony. Na wszelki wypadek zostawił dobytek w pokoju, który wynajął. Oczywiście istniała możliwość, że pieniądze ukradnie jakaś pokojówka albo sam karczmarz. Personel tanich lokali rzadko bywał uczciwy wobec swoich klientów, ale takie było życie.
Gdyby nie było deszczu, o wiele przyjemniej byłoby spędzić czas na drzewie – pomyślał i wciągnął charakterystyczny zapach do nozdrzy. – Trzeba czekać.
Fatum nawet nie spostrzegł, kiedy ciemność, która go otaczała zaczęła szarzeć.
Niewielka mgła spowiła warstwę przy samej ściółce leśnej.
Cisza. Żadnych dźwięków oprócz pohukiwań sowy, które stawały się coraz bardziej wyraźne.
Można byłoby się zdrzemnąć, zanurzyć w miękkich krzakach jak w pierzynie.
W środku lasu było zdecydowanie bardziej sucho. Zieleń drzew musiała zatrzymać opad w górnych warstwach.
Księżyc rzadko chował się za czarnymi, niemal niewidocznymi chmurami. Brylantowe gwiazdy dekorowały niebo, ukradkiem wyglądając zza gałęzi.
Wzmożony wiatr zaczął nieznaną pieśń na strunach liści i traw. Mrok rozłożył swoje szerokie ramiona, tworząc nastrój grozy.
Duchy, straszydła i koszmary. Jeśli się pojawiały, mogły zrobić to tylko teraz.
Odważny młodzian zainspirowany królestwem cieni dałby głowę, że słyszy słaby głos.
Z czasem bardziej wyraźny, ludzki. Iść za nim? Uciekać od niego? Od nieumarłych nie da się zbiec.
Rycerz ruszył szybko, poszukując źródła, które przerwało leśny bezgłos.
Dobiegł do dużego pnia drzewa, które musiało ugiąć się pod ciosem pioruna lub nawałnicy.
Nagła, niebezpieczna cisza... Słyszał tylko swój oddech, ale czuł na sobie ślepia. Musiał być obserwowany.
W pewnym momencie coś zauważył. Jakaś zakapturzona postać siedziała na pniu.
Dlaczego właśnie teraz, w obliczu tego spotkania, słyszał tylko własne serce, bijące jak młot kowala. Świadczące o tym, że żyje.
Zaciskając dłoń na rękojeści sztyletu, zbliżył się do potencjalnego przeciwnika. Zastanawiał się czy powinien atakować. Równie dobrze mógł być to ktoś zupełnie niezwiązany ze sprawą.
– Przedstaw się – zażądał, jakby miał do tego pełne prawo.
Kobieta skrywając wszystko, prócz ust pod kapuzą, uśmiechnęła się w prowokujący sposób. Przebrana w szyfonową sukienkę, która majestatycznie falowała, reagując na najmniejszy ruch powietrza. Ten niezwykle lekki materiał przypominał ponurą, czarną mgłę.
– Jesteś przeklęty – powiedziała jakby z lekkim zadowoleniem. Fatum odniósł wrażenie, że ta barwa głosu jest po części zniekształcana przez nią samą.
– Najpierw chciałbym usłyszeć coś, czego nie wiem – odpowiedział z bezczelną tonacją. – Pytałem, kim jesteś i nadal liczę na odpowiedź.
– Powiedzmy, że opiekunką tego gaju. Bardzo mocno kogoś dzisiaj zdenerwowałeś... – ostatnie zdanie dodała od siebie.
– No i? Będziesz długo tak jeszcze pieprzyć od rzeczy czy w końcu się przedstawisz? Życie mi ucieka.
– Mężczyzna powinien pierwszy się zaprezentować, Fatumie – bardzo wyraźnie wypowiedziała jego imię. – Poza tym, duchy nie lubią nazw. Możesz określać mnie złą czarodziejką, jeśli sobie zażyczysz. Szczególnie po tym, co ci zrobię – tajemniczo wyciągnęła do niego dłoń. Była ciekawa czy się zbliży.
W ustach zmiął jakieś przekleństwo. Skąd znała jego imię? On w ogóle jej nie kojarzył. Pierwszy raz od długiego czasu coś wywołało trwogę w sercu najemnika. Istniał tylko jeden sposób na pokonanie strachu - stawienie czoła przeciwności.
– „Zła czarodziejka”... – powtórzył po niej. – Wolę czarownica. Albo wiedźma. Albo... baba jaga, strzyga, jędza, gangrena, stara torba, prukwa, raszpla...
I wtem usłyszał potężny huk za sobą. – Chyba go przebudziłeś, panie najemniku – zagadkowa niewiasta zachichotała. Znała kolejny fakt.
Skąd wiedziała, że jest służebnikiem? Uderzyło go to jeszcze bardziej. Nie mógł się skupić. Tym bardziej, że ktoś najprawdopodobniej obserwował go z lasu, tuż za jego plecami.
– Może i coś obudziłem... ale sądzę, że najlepiej będzie jak najpierw pozbędę się ciebie – chwycił za rękojeść miecza i wysunął ostrze z pokrowca.
– Narwany jesteś. Chcesz zaatakować mnie pierwszy? – zareagowała wykrzywionym uśmiechem.
– A kto mnie powstrzyma? – zapytał. Wtem drugą dłonią chwycił za jelec sztyletu i błyskawicznie zamachnął się, rzucając krótką broń w stronę przeciwniczki.
Ewidentnie nie spodziewała się tego. Odruchowo schyliła się w bok, co było wynikiem niesamowitego szczęścia. Ostrze tylko przecięło kawałek materiału w okolicy lewego ramienia. Fatum usłyszał gwałtowną szarżę w swoim kierunku, tuż za plecami. Ktoś podhaczył jego nogi długim kijem, zanim zdążył się odwrócić i zareagować. Gdy spojrzał w górę, próbując odgadnąć, co tak właściwie się stało, ujrzał drugą postać. Była wysoka, miała białą maskę na głowie z wyciętym miejscem na usta. Mimo to wyglądała jakby patrzała prosto na niego. Tajemnicza i straszna. Rycerz czuł się jak bohater horroru, tylko tym razem, grał ofiarę.
– Jasna, kurewska cholera – mruknął do siebie. Nie miał czasu na myśli, musiał działać.
Miecz, który wypadł mu z ręki w chwili upadku, leżał stanowczo za daleko, by mógł wymacać go ręką i przyciągnąć do siebie. Tym bardziej nie było możliwości obejrzenia się, aby zlokalizować zgubę. Zamiast tego chwycił drugi kordelas upięty przy lewym boku. Jednym zgrabnym ruchem podciągnął nogi i wyrzucił je do góry sprawiając, że dzięki sile odrzutu wylądował na klęczkach. Wtedy też, wciąż przy parterze, wyciągnął dłoń ze sztyletem przed siebie, odbił się stopą od błotnistego. Wirując wokół własnej osi ciął to, co akurat znalazło się w zasięgu niedługiego brzeszczotu.
Duch bez twarzy odskoczył do tyłu w ostatniej chwili. Chwycił grubą belkę leżącą nieopodal i po prostu rzucił prosto w ostrze długowłosego młodzieńca. Broń wbiła się głęboko w drewno, stawiając go w żałosnym położeniu.
Enigmatyczny napastnik znów ponowił atak kijem. Uderzenie! Dziwne... jakby z góry zamierzone, aby nie trafić.
Co zamierzał?! Nastraszyć przeciwnika nie czyniąc mu szkody? Kim on jest?
Był precyzyjny, a maska z jednym otworem pozwala mu tylko oddychać.
Czyżby staruszka zawarła pakt z diabłem? Tysiąc myśli na minutę przebiegało przez głowę Fatuma.
Następny atak nie pozwolił rycerzowi nawet trzeźwo rozumować. Mógł tylko reagować instynktownie na ciosy.
Przeciwnik jakby się bawił. Ruch w dwa razy w przód, w bok, potem do tyłu. To było jak gra, której zasady trzeba było odkryć.
– Skończ z nim! – głos czarownicy wezwał sługę do ostatniego ataku. Wiedźma stała z tyłu, tuż za nieszczęśnikiem, który tak poważnie rozważał o istnieniu demonów.
– Nie mam zamiaru poddawać się tak szybko... – Fatum wyciągnął dłoń przed siebie. W oczach miał jakiś dziwny błysk, może pochodzący od zdecydowania, jakim nagle zaczął emanować. – Gotuj się w piekle – wtem temperatura otoczenia podniosła się gwałtownie. Salwa dzikiego, niekontrolowanego ognia uderzyła w zamaskowanego przeciwnika.
Widmo zawyło w zaszokowaniu. Prawdziwy ogień trawił jego szatę, biegnąc do góry i ogarniając plecy.
– Kretynie, zabijesz go! – kobieta odepchnęła Fatuma na bok i powaliła płonącego na ziemię. Próbowała zaradzić sytuacji, sypiąc piaskiem i depcząc odzienie straszydła.
Teraz wydawała się taka znajoma. Brzmienie, intonacja głosu, nawet wyzwisko, które padło. Najemnik stał w miejscu, lekko zażenowany.
W międzyczasie "demon" był już bezpieczny, a ona stanęła dumnie naprzeciw władcy ognia.
– Ciebie też sfajczyć? – dłoń rycerza zapłonęła. – Nie myśl, że się zawaham. Wasze głowy są warte 20 000 dukanów, a skoro są mi potrzebne, wasze życie jest mi całkiem obojętne.
– Wstrętny buc! – ściągnęła kaptur. Powieki Tiary wymalowane były na ciemno, na policzkach kolor spływał w formie zacieków. Była to charakteryzacja potrzebna do magicznego spektaklu. Dziewczyna podeszła do niego i wyciągnęła rękę z gestem "na zgodę".
– Nie chcę się godzić, chcę forsę! – krzyknął zażenowany zaistniałą sytuacją. – Wszystko popsuli, tumany...
– Ha! – zabrała dłoń. – Nawet nie wiesz jak idiotycznie wyglądasz, kiedy się boisz – uśmiechnęła się lekko, naśmiewając się z niego.
– O, naprawdę uważasz, że się bałem? – spojrzał na rozmówczynię z politowaniem. – Nawet nie umiesz się malować, uśmiechnij się szczerzej, może znajdziesz robotę w cyrku – podniósł się z ziemi. – Żeby dostać wypłatę, muszę was zatargać do burmistrza, co nadal zamierzam zrobić – podniósł swój miecz.
Tiara zmierzyła go wzrokiem z nieukrywaną pogardą.
– Coś ci powiem... – odsunęła ostrze wymierzone w jej stronę.
Położyła delikatnie dłonie na ramiona Fatuma. Przesunęła je powoli jak czuła kochanka za jego głowę.
– Pragnę cię... nienawidzić – wyszeptała prosto do jego ucha, stając na palcach, ponieważ była od niego dużo niższa.
Zamknęła oczy, zbliżyła wargi, jakby chcąc złożyć pocałunek. W ostatniej chwili pohamowała ochotę.
Nagle z rękawa dziewczyny prześlizgnęło się coś białego, atakując kłami w miejsce nad nadgarstkiem młodziana. Zapiekło.
Przebrana wiedźma cofnęła się błyskawicznie, uspokajając swojego gadziego przyjaciela. Tymczasem Kiro pozbierał się wreszcie z podłoża.
– Prawie się usmażyłem. Babcia nie będzie zadowolona z wyniku. Coś się stało? – dla mnicha nastała niespokojna cisza między nimi.
– Fuj, twój beznogi jaszczur mnie użarł! – złapał obolałe miejsce. – Jeśli myślisz, że mi za to nie zapłacisz...! – poczuł jak zawirowało mu w głowie. – Koniec zabawy – wyrwał do przodu i oplótł ramieniem szyję niewiasty, ściskając.
– Puszczaj, bo każę mu ugryźć cię drugi raz! – zaczęła się wyrywać.
– Hej, spokojnie! – Kiro podbiegł, próbując ich rozdzielić.
– Nie mam zamiaru się uspokoić! – krzyknął ściskając mocniej, zabierając jej dech. – Albo się poddasz dobrowolnie, albo cię ugotuję, a w dowód wypełnienia misji przyniosę im twoją głowę.
Młoda dziewczyna słabła w oczach. Chciała coś powiedzieć, ale tylko poruszała bezgłośnie ustami.
– Zrobisz jej krzywdę! – Roniri z braku pomysłów zdał cios w kark rozwścieczonego mężczyzny. Ten wreszcie puścił. Na początku wydawało się, że to zakonnik tak go dotkliwie uderzył. Ból pulsował w całej głowie, ale najbardziej kumulował się na ręce, która drętwiała. Trucizna w organizmie zaczęła postępować.
– Nie krzycz tak głośno – warknął do duchownego, łapiąc się za głowę. – Wiedziałem, że będą... z wami... – bąknął, padając na kolana – ...boleści. – dokończył, nieadekwatnie do reszty wypowiedzi.
– Tiaro, pomóż mu – powiedział krótko do koleżanki widząc, że Fatum jest w złym stanie.
– Dlaczego? Żeby wsadził nas do więzienia? On zmieszał nas z błotem – odpowiedziała prawie ze łzami w oczach.
– Po prostu to zrób. Zażartowaliśmy z niego. Jesteśmy mu to winni.
– A on nas zniszczy! Wie, że mu nie pomogę!
– Pokaż, że się myli – aby uciszyć skołatane emocje koleżanki, pogłaskał ją po głowie.
Niewiasta westchnęła głęboko. Podeszła do Fatuma, patrząc na niego w całym swym politowaniu. Złapała za nadgarstek rannej ręki. Przyłożyła ciepłe wargi do ugryzienia i poczęła wciągać krew, wypluwając ją co chwilę na bok. W międzyczasie podała mu również antidotum.
Ugryzionemu było już lepiej, choć wciąż przed oczyma tańczyły kolorowe plamy, niczym w kalejdoskopie. Robiło mu się lżej, wreszcie spokojnie mógł odetchnąć.
Zuchwała kobieta przykryła go jeszcze od niechcenia jakimś materiałem. Sama czuła się zmęczona i niewyspana. Oboje z Ronirim usiedli pod drzewem czekając, aż mu się poprawi.

* * *

– Głowa mnie boli, posiekam tego jaszczura... – zakomunikował namiestnik, ale bardziej do siebie, niż do pozostałych. – To wy stoicie za tymi wszystkimi napadami, tak? Zresztą po co ja pytam, to oczywiste.
Kiro uśmiechnął się i przytulił pannę, która spała mu na ramieniu.
– To był przypadek. Doszliśmy sami do miasta. Szukaliśmy jedzenia i zajęcia. Tiara uznała, że zwędzi coś ze straganów – zaczął wspominać. – Pamiętasz? Mnie też ugryzł wąż prosto w nos. Moja twarz spuchła jak balon. Wyglądałem jak dziecko pokrzywdzone przez okrutny los. Nie wspomnę, że w czasie drogi dostało mi się pary razy. Za nic naturalnie. Ludzie omijali nas z daleka, a mój wygląd przestraszył nawet jedną z handlarek. Uciekła z krzykiem. Zostawiła bezpańsko swoje owocowo-warzywne stoisko. Najedliśmy się za darmo – wspomnienie wywołało uśmiech na jego twarzy. - Pewna starsza kobieta musiała nas obserwować. Zaoferowała nam pracę i oto jesteśmy. Gramy duchy. Niezły utarg. Darmowy nocleg i mięso kurczaka co dzień – w skrócie przedstawił ich przygody. Jednocześnie wymienił zalety etatu u wróżki.
Kobieta niewątpliwie chciała uwiarygodnić swoją moc. Porzucone powozy były grabione, kości powszedniego menu sprzedawano jako talizmany. Sprytny interes.
– Tą starą heterę trzeba zaskarżyć u burmistrza, ponieważ rujnuje mieszkańców. Może są głupi i naiwni, ale to nadal ludzie. Zamiast kupować dzieciom pluszowe misie, dają im kości z kurczaka... to chore.
– Może i masz rację, ale co teraz zamierzasz zrobić?
– Najpierw złożę wizytę burmistrzowi i powiem, kto jest winien całemu zajściu. To zapewne sprawi, że nie dostanę zapłaty, co z kolei zniweczy moje plany kupna konia, ale trudno.
– Konia? Trochę się nam ich nazbierało... A może chcesz grać z nami trzeciego ducha?
– Nie mam zamiaru być częścią tego błazeńskiego przedstawienia! Co wy w ogóle sobie myśleliście, ci ludzie uczciwie zarabiają pieniądze, a wy ich okradacie! Jesteś mnichem do cholery, powinieneś szerzyć miłość i uczciwość zamiast okradać biednych.
– Tak, tylko każdy zakonnik powinien pomagać słabszym owieczkom, gdy łakną pomocy. Tiara mnie poprosiła, no może przekupiła. Ona jest moją słabością...
– Pozwól, że zapytam, u którego z pięciu bogów służysz?
– Co za różnica... Nie słyszałeś? Najwięksi bohaterowie zabierali bogatym i oddawali biednym!
– W tym wypadku, jak rozumiem, wy jesteście biednymi, tak? Dzieci z sierocińców, bezdomni, wdowy, kaleki, oni się już nie liczą? Nie zrozum mnie źle, splunąłbym ci w twarz, ale mam na to za dużo godności.
– Najpierw trzeba podreperować własny budżet i poukładać swoje sprawy – szatyn pokręcił głową.
– Na biednego mi nie wyglądasz, ona też nie. Zdołałbym zrozumieć, że okradliście jeden powóz, bo przymieraliście głodem, ale teraz jesteście żałośni.
– To zazdrość?
– Przestańcie już pieprzyć, nie mogę spać – syknęła kobieta o hebanowych włosach.
– Nie warto z wami rozmawiać. Jesteście pozbawieni podstawowych wartości etycznych. Tak na odchodnym dodam, że doniosę na tą starą wiedźmę, więc nie liczcie na więcej zleceń.






007. Ogłoszenie

wtorek, 5.października.2010, 15:31
Deszcz uderzał o niedomyte szyby. Dudnienie zdawało się być niemal rytmiczne, z niebanalnym i niepowtarzającym się taktem. Szafirowe oczy z rozleniwieniem obserwowały nieciekawy obraz pokoju, w którym znajdował się mężczyzna.
Musiał wyrwać się spod przytłaczającego jarzma czterech ścian, więc podniósł się ze starego, ledwo trzymającego się łóżka.
Miał dość ograniczenia przestrzeni, prowizorycznego materaca, z którego wypadała słoma, klując niemiłosiernie jego plecy oraz krzyków zapijaczonych chłopskich robotników, którzy w obsceniczny sposób zwracali się do kelnerek.

* * *

W chwili, kiedy na twarz młodziana zaczęły spadać krople, poczuł się wolny i bardziej pewny siebie. Powietrze pachnące deszczem wypełniło jego płuca.
Widząc, że ulice są niemal puste, uśmiechnął się.
Szedł powoli, jakby ostrożnie, rozglądając się wokoło. Znacznie bardziej wolał przebywać na łonie natury. Budynki zdawały się niszczyć piękno, podobnie zresztą jak sami ludzie. Jakże cieszył się, że nikt nie zawraca mu sobą głowy, że wśród tych wszystkich osób jest całkiem anonimowy. Fakt, że miał parę grosza przy duszy radował go, ale obecny dobytek stanowił jednak o wiele za mało.
Jednym z jego planów był zakup konia, dzięki któremu podróż stałaby się o wiele wygodniejsza tym bardziej, kiedy młody szermierz pragnął w najbliższym czasie przedrzeć się przez pasmo górskie Vanit. Chciał to zrobić w miarę szybko nie przez to, że nie lubił górzystych terenów, ale dlatego, iż okolice Vanitu słynęły z bardzo kapryśnej pogody i jeszcze kapryśniejszych bandytów, z którymi nie chciał mieć do czynienia, o ile nie będzie to konieczne.
Głosy sprzedawców, które jak grad dobiegły do jego uszu sprawiały, że miał zamiar uciec jak najszybciej i jak najdalej. Nie mógł jednak tego zrobić, gdyż doskwierający mu już od dłuższego czasu żołądek domagał się napełnienia.
Zakupił skromną ilość jadła, ale wystarczającą, żeby zaspokoić głód, po czym dziarskim krokiem ruszył dalej.
Przemierzając zabłocone uliczki pomiędzy zabudowaniami mógł w spokoju pomyśleć oraz przy okazji poznać rozmieszczenie poszczególnych gmachów i ulic.
Drepcząc w rozluźnieniu i rozmyślając o chmurnym niebie wrzeszczcie odczuł, że robi się ciasno.
Pod ścianą jednej z kamienic gromadził się hałaśliwy tłum. Stanowiło to pewną anomalię ze względu na niepogodę.
Co było aż tak ważnego pod tym kawałkiem muru? Ominąłby to tak, po prostu, od niechcenia. Ciekawość ludzka bywa jednak silniejsza, kusi jak przepiękna dziewica, nago położona na pościeli. Tym bardziej, że lud zaczął szeptać coś o rabusiach i dużej nagrodzie.
Fatum postanowił się tam przedrzeć. Kiedy dotarł wprost pod źródło całego zamieszania, ujrzał sporej wielkości list gończy z rysopisem dwóch osób.
Rysownik musiał być nie lada beztalenciem i nieudacznikiem. Dwa portrety pamięciowe stanowiły istny bohomaz. Nikt normalny albo nawet nienormalny nie mógł tak wyglądać.
Pierwsza postać, podpisana jako „czarownica”, miała nienaturalnie wielkie oczy oraz rozwidlony na końcu język jak u jaszczurki. Postać obok, "nieznanej płci", stanowiła jedną wielką plamę - bez nosa i oczu, za to z wyraźnie zarysowanym uśmiechem.
Dzieło pięciolatka? Być może żart?
Dowcip opatrzony pieczęcią burmistrza i wysoką gratyfikacją pieniężną w wysokości dwudziestu tysięcy dukanów.
W pierwszej chwili najemnik chciał oddalić się od niepoważnego ogłoszenia, jednakże wysokość wawrzynu nie dawała mu spokoju. Taka suma wystarczyłaby na zakup dobrego, silnego rumaka. Postanowił, że rozpatrzy całą sprawę.
Nie bacząc na to, jakie zdanie mają inni, zerwał list z tablicy ogłoszeniowej i szybko przecisnął się przez tłum, kryjąc głowę pod kapturem i chowając anons w szerokim rękawie starego płaszcza.

* * *

Ratusz, z którego sklepienia odpadały kawałki pokrycia dachu, nie wyglądał ani zachęcająco, ani obiecująco. Fatum nie wierzył, aby osoba zarządzająca miastem z tak obskurnie wyglądającego budynku, była wypłacalna. Musiał jednak spróbować. Zresztą... nie miał nic do stracenia.
Jego wyobrażenie o majętności burmistrza zmieniło się z chwilą, kiedy wstąpił do środka.
Bieda z zewnątrz prawdopodobnie stanowiła jedynie przykrywkę dla łupieżców, gdyż wnętrze prezentowało się bardzo elegancko, gustownie i całkiem kosztownie. Mosiężne okucia starych mebli, obrazy, najprawdopodobniej oryginalne, zachęcały aby dokładnie im się przyjrzeć. Rycerz nie miał okazji tego zrobić, ponieważ już po chwili rozległ się zirytowany głos kobiety:
– Mogę w czymś pomóc? – tonacja wypowiedzi bardziej pasowała do kwestii "wypierdalaj stąd", a zimne oczy o nieciekawym, mętnym odcieniu błękitu tylko wzmacniały poczucie, że jest się nieproszonym gościem.
– Chodzi o ogłoszenie. Jestem zainteresowany i chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej.
– Ach – tym razem brzmiało to jak subtelna wersja słowa nieco mocniejszego niż "cholera" z dodatkowym westchnieniem zrezygnowania. – Proszę za mną.
Sekretarka podprowadziła gościa pod duże drzwi, za którymi mieściło się pomieszczenie głowy miasta Tores.
Gabinet burmistrza - szeroki, przestronny, wymalowany na biało z jasnym, postawnym biurkiem na środku. Za nim tęgi pan, o brodzie siwej i gęstej jak kurz meblowy zbierany przez lata.
Rządzący rewidował właśnie dokumentację dotyczącą swoich obywateli. Gdy spostrzegł przybyłych, pogłaskał się po zaroście, z którego najprawdopodobniej był dumny.
– Słucham? Pan w jakieś konkretnej sprawie? – zapytał z fałszywą grzecznością.
– W sprawie publikacji... – wtrąciła kobieta.
– Konkretnie? – tym razem skierował słowa głównie do Fatuma. Urzędniczka czując się już niepotrzebna, wyszła.
– Chodzi o ten list gończy – Fatum wyciągnął zwinięty rulon, po czym wręczył go mężczyźnie.
– Ach, wystawiliśmy je dziś rano... Co w związku z tym? Chce pan złożyć zeznanie? – wyraźnie ożywił się tematem.
– Bynajmniej. Chciałbym zająć się tym problemem, tylko potrzebuję nieco więcej informacji.
– Zająć się? A to dobre! A kimże pan jest? – zainteresował się swoim przedmówcą.
– Fatum Eniel, najemnik i rycerz. Ma pan coś przeciwko mojej kandydaturze w tej sprawie?
– Ależ nie! Dranie obrabowali mój dyliżans i jeszcze paru kupców! – targany emocjami zgniótł obwieszczenie w dłoniach. – Przez całą noc słyszałem w uszach chichot tej baby! – burmistrz wyciągnął jakąś czystą kartkę i zaczął coś zapisywać. Kiedy skończył, podał zaświadczenie nieznajomemu. – To jest uprawnienie, dzięki któremu poświadczam, że może pan zajmować się tą sprawą. Niech pan ich złapie! Nagroda czeka! – przymknął oczy, jakby próbował coś sobie przypomnieć. – Dwie osoby okradają powozy handlarzy na ścieżkach prowadzących do aglomeracji. Pojawia się czarownica. Ludzie wierzą, że ta jędza wzywa demona, więc biorą nogi za pas. Tymczasem ona łupi powozy dla własnych celów. Nie wierzę w te bzdury, ale widziałem to na własne oczy. Ona jest przerażająca! Potem pojawiał się ogień i ten potwór. A potem... uciekłem – włodarz przyznał się ze wstydem.
– Żywi czy martwi? – zapytał wprost, mało zainteresowany jego wywodem na temat własnej krzywdy.
– Żywi. Ludność miejska chętnie ich ukamienuje – zatarł ręce, jakby w głębi serca chciał się zemścić, głównie za swoją stratę i uszczerbek psychiczny.
– Rozumiem i dziękuję za wszystko – skłonił się lekko i szybko opuścił gabinet.

* * *

Sadyba gildii znajdowała się niedaleko ratusza.
Fatum po otrzymaniu informacji o tym, że osobami poszkodowanymi byli handlarze, szybko postanowił odwiedzić ich główną siedzibę. Sądził, że członkowie być zainteresowani i zafrasowani kradzieżami równie mocno, co sam burmistrz. Podchodząc do drzwi wejściowych, złapał za kołatkę i zadudnił parę razy, po czym nie czekając na odpowiedź, wszedł do środka.
– A cóż to za wtargnięcie?! – dojrzał go jeden z zrzeszonych w zawodzie, który właśnie zamierzał zareagować na stuki do wrót.
– Proszę mi wybaczyć najście, ale chciałem dowiedzieć się czegoś o tych napadach na osoby przynależące do gildii. Otrzymam tu jakieś informacje?
– Napadach! Zwariowałeś pan!? Tu się o tym głośno nie mówi. Chcesz ściągnąć na nas przekleństwo! – zareagował niespodziewanie gwałtownie. – Milo, pomóż mi pokazać panu, gdzie są drzwi! - zawołał przyjaciela do asysty. Zza rogu błyskawicznie wyskoczył wątły chłopak o krótkich włosach koloru blond.
– Znowu żebrak? – zapytał, nie wiedząc w czym problem.
– Chciałem tylko zapytać o te... no o to, czego głośno nie można wymawiać, aby nie ściągnąć na szanownych państwa przekleństwa – zakpił.
– Kim jesteś do licha? Przyszedłeś się nabijać?! – nerwowy kupiec pomachał mu pięścią. Widać było, że miał w sobie krzepę i jego agresja mogłaby stanowić niepotrzebny problem.
– Szefie, spokojnie... – w tle cichutko prosił blondynek.
– Skoro boisz się jakiegoś przekleństwa, starcze, więc powiem tak: napad, NAPAD, NAAAAPAAAAD, kurwa. To dostane tu jakieś informacje, czy nie?
– Przedstaw się, abym wiedział, kogo zaraz uderzę!
– Szefie, a może ten ktoś chce nam pomóc... – próbował wtrącić mizerny chłopaczek.
– Jestem Fatum Eniel. I tak, otrzymałem od burmistrza dokument uprawniający do polowania na nękających was barbarzyńców. Ale zamiast gościny i dziękowania za próbę okazania wsparcia, otrzymuję groźby.
– Trzeba było tak od razu – starszy mężczyzna uspokoił się powoli. – Pewnie liczysz na jakąś nagrodę, pięknisiu? Co? – zapytał z lekką chrypą.
– Jeśli mnie podrywasz, nie jestem zainteresowany. Ale zapłata by się przydała. Więc jak będzie?
– Lalusiu, nie zdobędziesz tu żadnej wiedzy, jasno się wyraziłem. Zresztą taką robotą pobrudzisz sobie rączki. Mimo to przysięgam, że jeżeli sprowadzisz tą pyskatą sekutnicę przed nasze oczy... – mówił za całe stowarzyszenie gildyjne – ...to kupcy ze swojej strony dołożą od siebie drugie tyle, co ufundowało miasto. A teraz wyjdź! – z impetem wypchnął go za drzwi i szybko zamknął.
Fatum tylko wzruszył ramionami, był bezsilny w obliczu "przekleństwa", jakie mogło spłynąć.
Nie musiał jednak czekać nawet dwóch minut, kiedy wrota lekko uchyliły się, a zza nich wyskoczył Milo.
– Przepraszam za mojego tatka. Jest trochę porywczy – wstydliwie podrapał się za uchem.
– To był twój ojciec? Współczuję. Masz mi coś do powiedzenia, czym nie chce podzielić się twój tatusiek?
– Chodź za mną. Te incydenty zaczęły się jakieś cztery dni temu. Mnie zaskoczyli wczoraj koło południa. Schemat jest ten sam. Zdarza się to na różnych drogach, o różnej porze – wziął głęboki oddech i zabrał się za opowiadanie przebiegu zdarzeń. – Kawałek drzewa zastąpił nam drogę. Nagle ni stąd, ni zowąd pojawiła się wiedźma. Powiedziała, że jesteśmy naznaczeni klątwą i umrzemy. Wezwała diabła do pomocy. Wyłania się z ognia. Nie ma oblicza, jego twarz jest pocięta, poraniona i zniekształcona, jakby wyrządziły to płomienie piekielne. Posiada nietoperze skrzydła. Wydaje przerażające dźwięki... tak się bałem, że nie mogłem uciekać. Sparaliżowało mnie to – zatrząsł się na samą myśl. – Wtedy ta kobieta do mnie podeszła. Miała na policzkach czarne łzy. Widziałem jej oczy. Piękne, tajemnicze i tętniące magią jak u upadłego anioła – zarumienił się na samą myśl. Jego przerażenie wywołane wspomnieniem zniknęło. To było wręcz zabawne jak szybko zmienił swoją postawę. – Zakochałem się w niej... – wyznał, bujając w obłokach. – Ale ona uderzyła mnie kijem i obudziłem się na ziemi bez majątku – pociągnął nosem na finał historii.
– Jesteś za mały na zakochiwanie się. Idź lepiej poszukaj jednorożców i pilnuj, żeby skrzaty nie ukradły ci skarpetek. I przekaż ojcu, żeby nie mówił do mnie "lalusiu" bo mu huknę. Wiesz może, gdzie odnajdę innych okradzionych kupców?
– Chwila! Pogardzasz moimi uczuciami, a ja chcę ci pomóc – skrzywił się w obrazie. – Wczoraj wieczorem wydarzyło się coś wyjątkowego. Pierwszy raz została napadnięta tawerna. Właśnie cię do niej prowadzę.

Faktycznie po paru minutach ciszy dotarli przed karczmę. Wybite szyby drażniły estetycznie, a ściany były wymalowane jakąś dziwną cieczą. Wbrew przeciwnościom interes działał. Klientela była skromna, a stołów w dobrym stanie niewiele. Milo i Fatum usiedli przy jednym. Blondyn skinął na kelnerkę. Dziewczyna w dwóch brązowych warkoczach i przeogromnym, falującym biustem podeszła do nich. – Lenioe, ja poproszę piwko. Będziemy mogli z tobą potem zamówić słówko? – zapytał grzecznie młodzieniec.
– Jasne! – wesoło przytaknęła. – A dla pana? – zwróciła uwagę na budzącego pożądanie mężczyznę i zawstydziła się od razu.
– Wodę z cytryną. Nie pijam piwa, to trucizna dla duszy.
– Och, doprawdy? Ma pan rację – kobieta złączyła ręce, jakby od razu została przekonana wysuniętą tezą.
– Farciarz... – Milo poczuł lekką zazdrość o wrażenie, jakie rycerz sprawiał na płci pięknej.
Lenioe zjawiła się szybko, podając zamówione trunki.
– Na koszt firmy – zalotnie mrugnęła i przysiadła się tuż obok Fatuma.
– Ten pan chce cię o coś spytać – blondyn wskazał na urodziwego najemnika.
– Zajmuję się sprawą napadów na kupców, toteż chciałbym zdobyć jak najwięcej informacji na ten temat. Oraz czy ta tawerna, skoro zostałem do niej doprowadzony, również została jedna z celów tamtej konkretnej dwójki.
– Rozumiem... – pochyliła się, aby mu szepnąć. Pokaźne piersi kelnerki wręcz wylały się i padły plackiem na blat. – Wczoraj późnym popołudniem zjawiła się u nas starucha Velvet. Była dla mnie bardzo arogancka i kiedy orzekłam, że jej nie obsłużę, zdenerwowała się. Rzuciła na nas przekleństwo i powiedziała, że zjawi się czarownica. Tak też się stało. Zniszczono nasz lokal, ale już dochodzimy spokojnie do ładu. Dziś rano byłam u tej jędzy, która to zaczęła. Uznała, że tylko jej amulety ochronią nas przed demonami. Kupiłam dużo – pokazała ruchem ręki na ściany, które przyozdobione były niczym innym, jak skrzyżowanymi kośćmi kury, uświetnionymi pierzem.
– Też kupiłem od niej ten talizman. Chroni kupców. Dużo sobie za niego życzy, ale działa. – Milo wyciągnął z kieszeni omawiany przedmiot.
– Żartujecie, prawda? Cwana stara baba wyłudziła od was pieniądze albo współpracuje z tamtą dwójką, a wy daliście się nabrać jak dzieci. Po prostu nie wierzę...
– Ale ona jest wróżką!
– A ja widziałem demona i zaczarowane oczy! – położył dłoń na sercu, jakby gotowy był przysięgnąć.
– Dobra, dobra... Czas zbierać się do pracy – Fatum wypił zawartość szklanki jednym haustem.
– Do pracy? Co zamierzasz?
Dlaczego muszę się wszystkim tłumaczyć... – przeszło mu przez głowę – Idę do tej waszej „wróżki”.
– Może jest stara i zgryźliwa, ale wszystko, co mówi, sprawdza się – kelnerka z przekonaniem broniła seniorki tego miasta.
– Chętnie to sprawdzę. Gdzie mieszka?
– Dam ci adres na kartce... – jasnowłosy chłopak podał mu kawałek papieru, który uprzednio zapisał.
Bez słowa odebrał kartkę, prześledził zapis na świstku i na odchodnym rzucił krótkim "żegnam".

* * *

Na pierwszy rzut oka wygląd domostwa nie cechował się niczym szczególnym. Jedyne, co było niezwykłe, to dłużąca się kolejka przed drzwiami.
I ja mam tu czekać? – oburzenie w jego głowie zabrało głos. – Wykluczone.
Całkowicie bezczelnie przedarł się przez tabun ludzi i wdarł się do środka chaty.
Ta stara bździągwa robi niezłe interesy – stwierdził, rozglądając się po gustownie urządzonym przedsionku.
– Koleś, kolejka jest! Na koniec!
Irytujące – skwitował cicho i ruszył dalej.
Nawet będąc już pod samym wejściem do pomieszczenia, gdzie staruszka udzielała prywatnych seansów nie było łatwo.
Kobieta akurat postanowiła umilić sobie czas wywarem z ziółek toteż przerwa, którą musieli odczekać jej zleceniodawcy żądni kolejnych wróżb, była kolejnym drażniącym etapem w dociekaniu prawdy.
Jak ci ludzie mogą być tak głupi i ślepi? Tu na kilometr coś śmierdzi.
Wreszcie, gdy napięcie i rozdrażnienie sięgnęło zenitu, klamka poruszyła się, a zamknięte wcześniej drewniane skrzydło uchyliło drogę ku tajemnicy.
Wnętrze ozdobione było kolorowym kaszmirem puszczonymi od sufitu, tworząc nic innego jak cyrkowy baldachim w nieco krzykliwszym odcieniu. Kilka świec rozjaśniało bezokienne ściany i nieco przesadzone dekoracje.
Okrągły stolik był centralnym meblem pokoju, a osadzona na nim przezroczysta kula odbijała wachlarz barwnych tkanin.
Za nią siedziała, ubrana w cygańskim stylu, starsza pani. Na pierwszy rzut oka widać było, że wszystkie te zabiegi miały sprawiać nadziemskie wrażenie.
W chwili, gdy Fatum dotarł przed oblicze staruchy dojrzał, że posiada ona perukę, komicznie wymalowane czerwienią usta i zbyt mocno podkreślone oczy.
Miało się wrażenie, że chce wglądać młodo, chociaż zmarszczki i niepełne uzębienie zdradzało jej sędziwy wiek.
– Wygląda na to, że teraz moja kolej na "poznanie prawdy" – rzekł do niej, siadając naprzeciwko. – Jest pani na tyle wszechwiedząca, aby wiedzieć, kim jestem, czy muszę się przedstawiać?
Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo, pokazując przerwę między zębami – Co cię tu sprowadza, przystojny młodzieńcze?
– Chciałbym dowiedzieć się paru rzeczy, jeśli można – spiorunował ją wzrokiem – po pierwsze, do ci strzeliło do głowy, żeby nasyłać wiedźmy na jakąś karczmę?
Starą heterę kompletnie zatkało. – Umiem rozmawiać z duchami i diabłami. Same chciały się zemścić w moim imieniu – wytłumaczyła bez skruchy i uśmiechnęła grubiańsko .
– Czy duchy zdradziły ci moje imię?
– Wśród duchów imiona są nieważne. Jeśli je sprowokujesz, pojawi się czarownica – wybrnęła, tłumacząc jak dziecku.
– A jak można je sprowokować? Jestem bardzo ciekawy. I co dla tych duchów jest ważnego?
– Bogactwo. Dobry człowiek powinien dzielić się z tym, czego ma za dużo – kobieta podrapała się po czole.
– Mam przy sobie czterysta dukanów, ale nie będę się nimi dzielił. Czy to może sprowokować duchy? A może raczej sprowokuje ciebie? – oparł głowę na łokciu, bacznie obserwując wiedźmę. – Dlaczego nie dzielisz się zarobionymi na tych oszustwach pieniędzmi? Rozdajesz bezdomnym, wspomagasz domy dziecka?
– Bredzisz, mój chłopcze... – próbowała sprytnie zmienić temat. Zaczęła machać pomarszczonymi dłońmi nad swoim narzędziem do wróżb. Jęczała coś przez chwile pod nosem. – Widzę! Widzę pasmo nieszczęść nad tobą. Fatum. – wzięła głęboki oddech. – Obrażasz mnie, ale ja, przewodniczka duchowa, jestem gotowa ci to wybaczyć. Oferuję swoją pomoc w postaci talizmanu. Kupując dwa, trzeci dostaniesz za połowę ceny! – zmieniła swój nastrój przechodząc do interesów.
Fatum... chyba nie trafiła – mruknął do siebie – Jakich nieszczęść? Lubię dostawać precyzyjne odpowiedzi, męczą mnie łamigłówki. I co miałaś na myśli mówiąc "fatum"? – zapytał. – Czas to sprawdzić.
Okazała zniecierpliwioną minę. – A może najpierw zapłaciłbyś za wróżbę, wtedy ci powiem, co zechcesz – oznajmiła otwarcie.
– W restauracji płacimy po zjedzeniu posiłku, nie przed, ani w trakcie – rzucił ripostą. – Jeśli nie udzielisz mi odpowiedzi, wyjdę stąd i powiem wszystkim, że jesteś oszustką – przewiesił ramię przez oparcie krzesła.
– Bluźnierco! Ja? Oszustka?! Naślę na ciebie wiedźmę, diabła i tabun duchów! – na posuniętej w latach twarzy pokazał się grymas złości.
– O! Może to właśnie to miała pani na myśli mówiąc "pasmo nieszczęść"? Bardzo, bardzo interesujące.
– Nie wierzysz w prastare widziadła? Ktoś powinien nauczyć cię, gdzie twoje miejsce! Sprawię, że zobaczysz demony, gdy tylko wyjdziesz z tego miasta! Może chcesz się przekonać, że nie żartuję?! – zagroziła wściekle.
– Pani chce mnie naćpać albo upić? Jakiś seans spirytystyczny z czystą wódką? Nie skorzystam, nie piję, nie palę, nie biorę.
– Nic z tych rzeczy, ale wyzywam cię na próbę odwagi. Poza miastem. W lesie. Wieczorem. Czeka na ciebie licho... – powiedziała tajemniczo, pocierając haczykowaty nos i szczerząc się złowieszczo.
– To teraz nic mi nie pokażesz? Jestem rozczarowany – westchnął ciężko.
– Prowokacja? Daję ci ostatnią szanse, aby wkupić u mnie ratunek od tego, co cię czeka – starsza pani udała niewzruszoną.
– Nawet lubię wpadać w tarapaty. Dlatego jeśli nie wydarzy się wystarczająco dużo, aby mnie zadowolić, wrócę tu i wymuszę na tobie więcej atrakcji – podniósł się. – Wychodzę i nie licz na zapłatę. Ciesz się, że żyjesz – uniósł głowę – Na razie...
– Pożałujesz tego! – wykrzyknęła swoim piskliwym głosem, emanując furią jak rozbudzony wulkan.






006. Skrywana przeszłość

sobota, 2.października.2010, 23:24
Świt zawitał ich już u granicy miasta Tores.
Mieli szczęście, albowiem ostatnią partię drogi przejechali na powozie wśród pachnącego siana. Staruszek wyraźnie rozpogodził się i ożywił na widok znajomych zabudowań, co tylko potęgowało wyraz ulgi na twarzy Fatuma. Jeśli Tolo się radował, ich wspólna podróż niebawem się skończy.
W gruncie rzeczy Fatum nawet polubił gadatliwego seniora, choć niełatwo było mu się początkowo przemóc. Starszy człowiek musiał się do kogoś odezwać i kiedy był słuchany, czuł się potrzebny. Młody rycerz postanowił, że przynajmniej w ostatniej części wspólnego podróżowania, spełni jego prośby.
O dziwo, Tolo nie gadał tak bezsensownie jak Fatum myślał na początku. Co jeszcze dziwniejsze, tematy były nader interesujące. Opowieści wiekowego mężczyzny zaowocowały u młodziana w poczucie żalu. Namiestnik miał wrażenie, że z chęcią wróciłby do początku ich podróży i zaczął robić to, czego wcześniej nie miał zamiaru czynić - słuchać.
– Widzę już mój dom! – Tolo zawołał z pełnym entuzjazmem.
– Więc tutaj nasze drogi będą się rozchodzić – odparł jego towarzysz otwierając oczy – Szkoda – dodał w myślach.
– Pozwól, że ugoszczę cię w swoim domu. Przez tydzień zdobywałeś dla nas jedzenie, pilnowałeś, żeby żaden z nas nie stracił życia...
– Za to mi płacisz – przerwał mu wywód.
– Nie gadaj, tylko chodź ze mną. Teraz ja zajmę się tobą.

* * *

– Nawet nie wiesz jak bardzo się o ciebie martwiłam – wyznała niska, lekko przygarbiona kobieta o włosach białych jak śnieg.
Staruszka była małżonką Tolo i nazywała się Calia. Jak Fatum zdążył już zauważyć, jej gościnność i uprzejmość zdawała się nie mieć kresu.
Zasiadali w małym, ale przytulnym salonie, w którym niemalże można było zemdleć od zapachu ziół leczniczych.
– Chłopcze, może więcej herbaty?
– Dziękuję – odpowiedział. Od dłuższego czasu nie używał innego słowa. Pogrążony we własnych myślach zapomniał o otoczeniu. Panująca w domostwie rodzinna atmosfera nieco go przytłaczała.
– Ile masz lat? – zainteresowała się sędziwa pani.
– 24.
– Długo już podróżujesz? – wtrącił Tolo.
– Odkąd pamiętam – odpowiedział krótko i rzeczowo – Bo co miałem innego robić?
– Z jakiej wsi pochodzisz? Może ją znam.
– Jestem obcokrajowcem – zarzekł trochę niepewnie – Guzik prawda.... ale nie muszą wiedzieć niczego.
– Naprawdę? Skąd? – oboje wyglądali na zafrapowanych.
– Konan – padł oddźwięk. – Moją ojczyzną od zawsze i na zawsze będzie Illion. – wyszeptało echo duszy.
– A twoja rodzina? Rodzice? – ciągnęli temat.
– Odciąłem się od przeszłości – stwierdził z zawziętością w głosie. – Na co mi ona?
– Więc jesteś znów białą, niezapisaną kartą? – kobieta postanowiła użyć przenośni.
– Jestem tak biały jak czerwona jest krew – odparł ze zdecydowaniem – Droczenie się z przeszłością nic mi nie da – w jego głowie przepłynęła myśl.
– Jesteś pewny? Nie chcesz wrócić do swojej rodziny?
– Nie mam.
– Zrobili ci coś? Uciekłeś? – zatroskała się seniorka.
– Po prostu nie mam. Nie ma w tym ukrytych podtekstów.
– Co się z nimi...?
– Jak mówiłem, odciąłem się od tego. Panie Farlley, mówił pan, że kiedyś był żołnierzem i walczył na froncie. Chciałbym tego posłuchać, jeśli można – zdobył się na uprzejmy i mocny uśmiech, który rozświetlił jego twarz.

* * *

W końcu opuścił chatkę pana Tolo i jego małżonki z 500 dukanami w kieszeni. Jak na możliwości finansowe starszej osoby i po zaledwie parodniowej wędrówce, zapłata była całkiem sowita.
Znów został sam i nie miał się do kogo odezwać.
Kiedy był mały, bardzo bał się samotności. Poczucie wyobcowania tylko pogarszała jego sytuację.
Gdy podrósł, nauczył się z nią żyć. Właściwie, zaakceptował ją i uznał jako część swojego „jestestwa”. Wtedy jednak jeszcze mimo wszystko miał pewną nadzieję na znalezienie bratniej duszy.
Obecnie kochał samotność. Była jego jedyną zaufana przyjaciółką. Termin „samotność” zamienił na „niezależność”. Oba te słowa stały się synonimami i funkcjonowały tuż obok siebie.
Co ciekawe, miał poczucie spełnienia.
Kochał to, co go otaczało. Miał poetycką duszę, a przeszłość, którą od siebie odrzucił sprawiła, że stał się bardziej wrażliwy duchowo.
Będąc paroletnim młodzikiem szybko nauczył się pisać, aby móc przelewać na papier słowa swojej duszy, dopóki nie uznał, że jest beztalenciem. Myśli, które były ulotne, chwilowe, były dla niego cenniejsze. Mimo porzucenia pisania poezji, sama umiejętność notowania była bardzo przydatna. W obecnych czasach nie każdy pisał i czytał, co dla Fatuma było rzeczą absurdalną. Obie te umiejętności wydawały mu się w życiu niezbędne.
Może powinieneś spisać własną historię? – iskierka zapłonęła w jego głowie – Głupota – metaforyczny kubeł wody szybko zgasił zapał. – Kto niby chciałby to czytać? I na co komu to wiedzieć? – Oprócz niego nikt nie wiedział.
Porzucił rodową godność. Prawdziwe imię, które nosił za czasów dzieciństwa - Eniel, przekształcił na swoje nowe nazwisko. „Fatumem” mianowało go otoczenie. Miało to związek ze złym losem, który się za nim ciągnął. Z czasem przyswoił sobie ten przydomek i zaczął się nim przedstawiać.
Koleje losu życia ludzkiego są niezbadane – westchnął. – Najlepiej, najbezpieczniej jest być „niezależnym”.






005. Abraxis

piątek, 1.października.2010, 20:04
Ciepłe słońce górowało wysoko nad horyzontem, obwieszczając popołudniową porę dnia.
Piaszczysta ścieżka do miasta ciągnęła się w nieskończoność, co z kolei powodowało zmęczenie wśród czwórki globtroterów.
Starzec z ledwością człapał, wlekąc się gdzieś na końcu. Tuż przed nim podążała czarnowłosa, mnich i najemnik.
Ze względu na zdrowie wiekowego mężczyzny obwieszczono krótką pauzę. Było to irytujące zważywszy na to, że cel podróży stał się widoczny gołym okiem.
Na widnokręgu wyraźnie zarysowywały się mury miejskie, które broniły aglomerację o wdzięcznej nazwie Tores.
Wszyscy zboczyli kawałek, aby zregenerować siły na polanie leśnej położonej nieopodal.
Tiara od razu położyła się na świeżej, wilgotnej trawie, delektując się zapachem ziół i kwiatów porastających dziki skwer.
Mnich tym razem przykucnął tuż obok Fatuma, prosząc się o chwile uwagi i konwersacji.
– Ten odpoczynek to na prawdę dobry pomysł – skwitował wspólną decyzję.
– To czy idziemy dalej, czy stoimy w miejscu, jest mi obojętne. Ważne, żeby mój wynajemca dotarł do celu bez szwanku – oświadczył sucho. – Jak się czujesz, dziadku?
– Moje dusza chętnie fruwałaby pod same niebiosa, ale moje nogi ledwo chcą usłuchać, żeby stać. Niestety to właśnie jest to, co nazywa się starością.
– Mówi się, że człowiek ma tyle lat, na ile się czuje.
– Teraz, młodziku, czuję się, jakbym był starszy od wszystkich bogów razem i przy tym niedołężny jak kaleka wojenny.
– Od dawna się tym zajmujesz? Czy praktykujesz jeszcze inne zawody? – Kiro zwrócił głowę ku najemnikowi.
– Po prostu podróżuję, ale jeśli nadarzy się jakaś okazja do zarobku, skorzystam. Oczywiście zależy jeszcze, co to jest. Głównie preferuję spełniać rolę obrońcy.
– Rozumiem przez to, że znasz się na konkretnych sztukach walki.. – ciągnął go za język, aby jak najwięcej dowiedzieć się o nieznajomym, z którym dane mu było przebywać ten odcinek drogi
– Jestem szermierzem – uciął z rozdrażnieniem. – Nie sądzę, abym miał obowiązek prowadzić z tobą konwersację na takie tematy. Idź się pomodlić.
– Czemu jesteś taki nieuprzejmy? Przecież możemy być przyjaciółmi, a nawet partnerami w wędrówce – uśmiechnął się Roniri.
– Mam podróżować z Tobą? Współczuje tej dziewczynie, ale nie aż tak, żeby dzielić z nią niedolę. Trzymaj się ode mnie z daleka – wstał. – Idę zapolować – orzekł, kierując kwestię do seniora.
– Wybaczcie mu tą oschłość. Fatum chyba najlepiej czuje się sam ze sobą – Tolo wyznał półszeptem.
– Oooo...! Poczekaj! – duchowny wstał jak oparzony i zawołał za Fatumem normalnym tonem.
Młodzian zerknął w jego kierunku, oczekując wyjaśnień takiego zachowania.
– Chodź za mną. Tylko na paluszkach... – zręcznie chwycił za nadgarstek nieznajomego i podprowadził za sobą.
– Oby szybko, mam cię serdecznie dość – oświadczył rycerz z zupełną szczerością.
Oboje znaleźli się nad ciałem Tiary, które swobodnie rozłożone leżało na roślinności. Wyglądało to tak, jakby dziewczę zażywało kąpieli wśród miękkich łodyg i liści. Kobieta otulona naturą, przypominała obraz rusałki, którą namalował jakiś umiejętny malarz.
– Śpi i to głęboko... To nasza szansa. Nie mów, że nie lubisz zgrabnych dziewczynek – wyszeptał rozweselony dowcipniś.
Fatum dopiero teraz pojął, o co chodziło. Nie o zwierzynę, którą mogliby się pożywić, nie o potwora, który mógłby stanowić zagrożenie, ale o dziewczynę - drobną, nieskalaną i bezbronną w rękach perwersyjnego dupka.
Mnich przysiadł i powolnie rozwiązał kokardę, która trzymała na miejscu kimono.
– Chcę powąchać jej ciało... – rozanielony Kiro zaczął pochylać się nad nią, ostrożnie odkrywając warstwę odzienia.
Robił wszystko, aby jej nie zbudzić najmniejszym ruszeniem. Z powagą na twarzy, jakby miał najmniej jakąś doniosłą misję do wykonania.
I kiedy to właśnie namiestnik zamierzał jakkolwiek zareagować na jego głupotę i udaremnić jego niecny czyn, Roniri odskoczył z krzykiem do tyłu na kilka metrów całkowicie przerażony.
Dopiero po kilku sekundach ochroniarz starca zauważył, że po brzuchu Tiary ślizga się nieznany biały gad. Żmija sycząc z rozjuszeniem zerkała na niego złowrogo, chwilę powiła się po łydce śpiącej i weszła pod ubranie.
Wyglądało to ryzykownie. Żywe, jadowite niebezpieczeństwo wciąż znajdowało się na dziewczynie. Tiara jednak przeciągnęła się jak gdyby nigdy nic.
– Co tak głośno? – niewinnie obróciła się na drugi bok, całkowicie nieświadoma zdarzenia.
– Czy to wąż? – Fatum z późnieniem zareagował na widok gadziny. Pobladł, zaczął się pocić oraz bardzo powoli cofać do tyłu – Ten mnich chciał cię rozebrać – powiedział głośno.
Prawdopodobnie, w wyniku stresu, zapomniał imion nowych towarzyszy.
– On mnie użarł! Użarł mnie prosto w nos! – duchowny złapał za ramiona właściciela szlachetnych niebieskich oczu i zaczął nim potrząsać. – Wyssij mi jad! Wyssij, bo umrę! – nachylił się do niego nosem, na którym widoczne były dwie krwawe równoległe kropki - ślady ukąszenia białej żmijki.
– Znowu próbował przygłupich sztuczek?! No to ma za swoje! – Tiara rozbudziła się i szybko wstała, zawiązując pas o kolorze purpury.
– Bardzo mi ciebie szkoda, chyba poszukam jakiegoś dołu, w którym można by cię godnie pochować... – Fatum wycofał się jeszcze dalej. Zadawało się, że życie duchownego było mu obojętne w przeciwieństwie do gada, który najwyraźniej budził w nim trwogę.
Mnich w godnej pożałowania sytuacji nie miał już wyboru.
Młody mężczyzna i kobieta odmówili mu pomocy, której tak bardzo potrzebował.
– Staruszku, staruszku ratuj! Wyssij mi truciznę, bo zginę! To boli, piecze! – podbiegł z musem do nestora i wskazał mu swój zraniony nos.
– Wyssać? Może spróbujemy ją po prostu wycisnąć? – Tolo najwyraźniej nie miał ochoty ryzykować, że przez przypadek połknie toksyną.
Chwycił oburącz i ścisnął mocno. Czerwona posoka poczęła wypływać.
– Dziadku, ja konam! – mężczyzna, powoli zaczął odczuwać skutki ugryzienia. Zaczął mieć duszności, skóra przybrała kolor żółtego pergaminu, z ust toczyła się ślina.
– Mówiąc szczerze mało tu żmij jest na tyle jadowitych, aby zabić człowieka – stwierdził senior – Powinieneś wrócić do siebie po jakimś czasie.
– Zostawiacie mnie? Takiego stojącego nad grobem? – poszkodowany skulił się i zaczął wylewać gorzkie pokutne łzy. – To przerażające... Już nigdy nie dotknę kobiecych kształtów, nigdy nie powącham zapachu Tiary i nie usłyszę tego anielskiego brzmienia jej słodkich słów – dramatyzował swą gehennie coraz bardziej.
– Skrajnie ohydne – skomentował rycerz.
– Jeżeli zmierzasz do tego, abym spełniła twoje ostatnie życzenie... to, to się nie uda! – odparła sucho i bezwzględnie.
– Może powinniśmy skrócić twoje cierpienia? – Fatum wyciągnął obosieczny miecz z pochwy.
– Chciałbym, aby ktoś mnie przytulił! – brunet wrzasnął z trwogą.
– Znam nawet chętnego... – wtrąciła Tiara i wysunęła dłoń przed siebie. Zza rękawa pokazał się łeb winowajcy, wąż albinoski, którego język wysuwał się co rusz, wydając gromkie posykiwanie.
– Ten wąż jest twój? – staruszek z fascynacją w oczach przyjrzał się gadowi. – piękny okaz.
– Obrzydlistwo – skwitował Fatum i z kocią zwinnością wspiął się na drzewo. – Trzymajcie to z dala ode mnie.
– Obawiasz się węży? – dziewczyna zmierzyła go z zadowoleniem. Wreszcie była w posiadaniu czegoś, co pozwoli jej czuć się ponad nim.
– To obrzydliwe ścierwa, zesłane z samej piekielnej czeluści – rycerz zaprezentował swoje zdanie.
– Wabi się Abraxis. Ta żmija jest toksyczna – dodała z dumą, głaszcząc delikatnie po mordce podopiecznego.
– Jadowita?! Zwierzęta udomowione nie są jadowite! – obruszył się uspokojony już mnich, próbując dotknąć swojej rany. – Piecze jak cholera! - ponarzekał na swój los.
– Baranie, przecież nie trzymam jej w mieszkaniu – chrząknęła z żenadą w wyrazie twarzy.
Kto tu jest baranem myśląc, że udomowione i oswojone stanowi wielką różnicę... – przeszło przez myśl namiestnikowi.
– Kiedyś obrabowałam jednego kupca handlującego egzotycznymi okazami. Chciałam sprzedać tą niespotykaną białą żmiję jednak widząc, jak się do mnie przywiązała, zatrzymałam ją przy sobie. Chroni mnie przed wrogami – opowiedziała, jak zabawną historię, która w każdym wzbudzi uśmiech. – Antidotum mam przy sobie, więc jak mnie wkurzysz, Kiro, wiesz, jakie będą konsekwencje – ostanie słowa wycelowała prosto w kapłana.
– Podróżujecie tyle czasu razem i dopiero teraz przedstawiłaś mu swojego małego przyjaciela? – zapytał starzec w pewnym niedowierzaniem. – Jakie to uczucie, jak taki gad chodzi cały czas po ciele?
– Nie cały czas... czasami schodzi na spacerek, albo złapać coś do jedzenia. Tak po za tym jest lekki i miły w dotyku. Już się przyzwyczaiłam, że jest przy mnie i prawie o nim zapominam. Zupełnie jakbyśmy byli jednym ciałem – Tiara mrugnęła okiem z sympatią dla rozmówcy.
– Fuuuu! – dało się jedynie słyszeć z góry.
– Wiedziałem, że coś się koło niej kręci, ale mniemałem, że to zwykły, nieszkodliwy padalec – mruknął Roniri.
– Kiedy tylko dotrzemy do miasta, rozchodzimy się w swoje strony, nie wytrzymam z tyloma gadzinami w pobliżu mojej osoby!
– Kogo nazywasz gadziną! Ty... kanalio! Brzydzę się tobą! Jesteś płytkim, wyniosłym nieużytkiem, który lekceważy innych, żeby poprawić własne ja! I w tej przystojnie wyglądającej głowie jest wielkie ZERO! Buc! – ścisnęła pięści. Nerwy puściły jej nie na żarty. Cała płonęła w furii.
– A mi chodziło o mnicha... – odparł ze zmieszaniem rycerz.
– Co? – teraz do niej dotarło, że powiedziała za dużo. Poczerwieniała na całej twarzy, łapiąc się za policzki. – Zobaczymy się wieczorem.. – bąknęła zakłopotana i zawstydzona swoim wybuchem, po czym odwróciła się na pięcie i poszła gdzieś w nieznane. Zależało jej, by jak najszybciej oddalić się z miejsca porażki.
– Ha! Lubi cię, Fatum! Jestem zazdrosny! – zareagował Roniri, śmiejąc się głośno. Wypowiedź towarzyszki wprawiła go w doskonały humor. Przez to zapomniał, że uprzednio pogryzł go srogi wąż.
– Po prostu poczuła się głupio przez to, co powiedziała. Nic wielkiego – zreasumował wojownik. – Nie zależy mi na tym, żebyście mnie lubili, toteż mało mnie obchodzi, co o mnie myślicie.
– Antypatyczny wizerunek – zakonnik się zamyślił przez chwilę, a zaraz po tym wzniósł kciuk do góry – A to teraz jest popularne wśród panienek? – spytał naiwnie.
– Nic nie poradzę na to, że irytują mnie obcy pałętający się pod nogami! – prychnął do niego – Dziadku, mam nadzieję, że jesteś wypoczęty, bo chciałbym zbierać się dalej.
– Już? Jesteś bardzo niecierpliwy, młodzieńcze. Co z dziewczyną?
– Nie wygląda na bezbronną, oślizgły kolega też.
– Chcesz ją zostawić? Bardzo nieuprzejme z twojej strony. Tiara miała rację, jednak jest z ciebie "buc". Nie masz wyrzutów sumienia, że to przez ciebie teraz się zgubi w lesie i umrze z głodu. – Kiro skrzywił się, próbując w jakiś sposób podpuścić go do działania.
– Czy ja mam na czole napisane "wolontariusz"? Nie pracuję za darmo, nie szukam panienek po lasach dopóki nikt nie zaoferuje mi za to zapłaty. Nie prosiłem się również o wasze towarzystwo. Skoro ona potrafi bezszelestnie wspiąć się na drzewo i wymachiwać scyzorykiem, poradzi sobie. A jeśli ty latasz za nią jak pies, idź jej szukać.
– Ależ naturalnie, królewiczu. No to idę! – duchowny skłonił się w błazeński sposób. Paradoksalnie zwrócił się w zupełnie innym kierunku niż poszła niewiasta i ruszył. Mało tego, jeszcze przed samym wejściem w ścianę lasu potknął się efektownie o wystający korzeń i wylądował na glebie. – Jakie te drogi są nierówne... – podrapał się po czole.
– No tak, kazałem ślepemu idiocie szukać kobiety w lesie... a zresztą ona coś mówiła, że chce od ciebie uciec, dlatego ta sytuacja powinna być jej bardzo na rękę. Jest jednak dość głośna, więc pewnie odnajdzie się sama, wrzeszcząc na widok przebiegającej drogę myszy – przedstawił swój punkt widzenia.
– Całe życie z wariatami... – Kiro wesoło otworzył ręce do niebios jakby skarżył się na kompanów, z którymi opatrzność boska kazała mu wędrować.
– Mnie nazywasz idiotą? Mało z gałęzi w tą pustą pałę dostałeś? – zirytował się szatyn.
– Nie denerwuj się. Sam powiedziałeś, że nie zależy ci na pochlebnej opinii. W każdym bądź razie muszę poszukać Tiary – odwrócił się, jakby zupełnie go zlekceważył i trafił prosto w drzewo. – Kiedy tu to wyrosło? – beztrosko rozmasował kolejnego guza i pomacał wielki pień, który stanął mu na drodze.
– Załatw sobie psa przewodnika – fuknął młodzian – Panie Tolo, idziemy.
– Chcesz zostawić ślepca samego w lesie? Wśród tylu dzikich zwierząt?
– Zwierzęta nie są głupie, nie zaryzykują zarażeniem się jakimś syfem. Co najwyżej pijawki go zeżrą.
– Powodzenia w podróży. Daję głowę, że jeszcze się kiedyś spotkamy! – mnich pomachał im z zadowoleniem.
– Oby nie – oświadczył Fatum. – Przy odrobinie szczęścia trafi się jakiś upośledzony węchowo niedźwiedź, który nie pogardzi... – dodał sobie w głowie.